Dzisiaj wybrałam się do Cannes, żeby spotkać się z au pair z Hiszpanii poznaną na couchsurfingu. I jak zwykle, nie mogłam się obyć bez kolejnego wypadku. Uprzedzam pytania: Nie, nie doznałam żadnego uszczerbku na zdrowiu fizycznym jak i psychicznym (chociaż o to drugie zaczęłabym się martwić). Ale zacznę od początku!
Z A. spotkałam się na dworcu kolejowym i potem postanowiłyśmy poczekać na jej nowo poznaną znajomą z Kanady (również couchsurfing). Czekamy sobie w środku, A. ładuje swój telefon, rozmawiamy sobie o naszych host rodzinkach. Nagle podchodzi do nas dwóch młodzieńców i jeden z nich łamaną angielszczyzną pyta się nas, gdzie tu są jakieś zabytki do zobaczenia. A. zrobiła zonka, pyta się mnie, czy wiem coś na ten temat. A ja, z racji tego, że pewnego razu schodziłam chyba całe Cannes wzdłuż i wszerz, powiedziałam, że jak zabytki, to niech sobie idą na stare miasto. Potem nastąpiło tłumaczenie, gdzie mogą dostać mapy miasta (w biurze informacji turystycznej obok Pałacu Festiwalowego). Na to jeden z nich, wyciąga swojego iPada ze swoim zdjęciem na czerwonym dywanie i pyta się, czy to o to mi chodzi. Bingo!
W końcu sobie poszli, a my poszłyśmy zobaczyć się z Kanadyjką R. Tak się złożyło, że kiedy ją spotkałyśmy i poszłyśmy na poszukiwania McDonaldsa, znalazłyśmy się zaraz za tymi dwoma chłopakami, którzy pytali nas o zabytki. Zauważyli nas i tak sobie poszliśmy wszyscy razem w stronę Pałacu, a potem skręciłyśmy i zostawiłyśmy ich już pod Pałacem. Zjadłyśmy szybko coś małego w Macu i poszłyśmy do sklepu po piwo. Tak, piwo. Odkąd tu przyjechałam nie piłam piwa. A dzisiaj to tylko taką małą puszeczkę wypiłam. Heinekena. Już z tymi piwami poszłyśmy na plażę i chwilę pogadałyśmy. Potem, niestety musiałam zbierać się na autobus powrotny, bo ostatni mam o 21.
I teraz część na którą wszyscy czekają! Wypadek!
Ogólnie to jeśli chodzi o transport publiczny to chyba jestem kompletną sierotą w tej kwestii. Po pierwsze, byłam już w Cannes 3 razy i poprzednie dwa razy, kiedy wracałam do Mougins, czyli mojej wioski, mówiłam kierowcy nazwę miejscowości w moim mniemaniu poprawnie po francusku. Za pierwszym razem dostałam bilet do kompletnie innej miejscowości ale przynajmniej w tej samej cenie. Za drugim razem to samo, tylko inna miejscowość! I w końcu dzisiaj, chyba udało mi się tę nazwę poprawnie wypowiedzieć, bo dostałam bilet z nazwą taką jak trzeba! Do trzech razy sztuka!
Ok, ale to nie dowodzi jeszcze jak bardzo jestem na opak z autobusami. Dzisiaj wsiadłam w autobus, kupiłam bilet do mojej wioski. Nauczyłam się już, że żeby wysiąść na danym przystanku trzeba wcisnąć przycisk STOP, a wtedy kierowca się zatrzyma. No to ja niedaleko przed moim przystankiem naciskam ten przycisk, ale nic się nie zaświeciło. Widzę na tabliczce, że następny przystanek, to mój przystanek, to sobie myślę, że kierowca mi się zatrzyma. A gdzież tam! Pojechał dalej! No to nie pozostało mi nic innego jak wysiąść na następnym przystanku. Tym razem nacisnęłam ten przycisk z całej siły i długo, i o dziwo, zaświecił się! Kierowca zatrzymał się na następnym przystanku, który był oddalony o 2,5 km od mojego. Skąd to wiem? Mam Google Maps w telefonie! Jeszcze nigdy mnie nie zawiodły! W każdym razie, wracałam na piechotę jakieś 40 minut zanim dotarłam cała i zdrowa do domu!