czwartek, 20 sierpnia 2015

Jak się nie nudzić?

Dzisiaj notka o tym, jak nie zwariować i się nie nudzić podczas programu au pair. Przedstawię pokrótce różne opcje, jakie mają au pairki w nowym mieście, a także kiedy podróżują gdzieś indziej. 

Zacznę może od tego, że po jakimś czasie, całe to au pairowanie zaczyna być nudne. I piszę to z punktu widzenia dziewczyny, która zdecydowała się na roczny pobyt za granicą. Luksemburg jest pięknym małym państwem, ale niestety po jakimś czasie zaczyna się nudzić. Szczególnie w zimie. Nic, ale to kompletnie nic tu się wtedy nie dzieje. W zimowe niedziele miasto wygląda jak wymarłe, wszystkie sklepy, kawiarnie i bary są pozamykane, to i ludzie się nie plątają po centrum tylko siedzą w domach. Teraz jest lato, i widać to też po mieście, które z jego nadejściem nagle odżyło. Praktycznie całe lato w mieście jest już zaplanowane, z tego co widziałam, zawsze jest coś ciekawego w centrum miasta.

Ale wróćmy do głównego wątku, bo jak zwykle zjechałam trochę z tematu.
Jesteś au pair i przyjechałaś niedawno do twojego nowego miasta? Nie masz jeszcze znajomych? Nie ogarniasz miasta? A może jesteś starą wyjadaczką i planujesz gdzie spędzisz twoje kolejne dni wolne? Tak? W takim razie mam parę porad, oczywiście sprawdzonych na własnej skórze. 

  • Po pierwsze primo: Facebook! Na fejsie możesz znaleźć mnóstwo grup dla au pair z poszczególnych miast. Zazwyczaj pojawiają się tam posty o jakichś wydarzeniach lub propozycje wyjścia na kawę, do klubu itp. z innymi au pairkami. Warto także samej takiego posta sklecić i wstawić na grupę! 
  • Po drugie primo: Być może twoja rodzina goszcząca ma znajomych w twoim wieku, lub zna rodzinę, która także ma au pair. Zawsze warto spróbować!
  • Po trzecie primo: meetup.com Świetny sposób żeby poznać nowych ludzi! Strona skupia głównie obcokrajowców jak i lokalnych mieszkańców. Działa w różnych państwach, więc gdziekolwiek jesteś, możesz poznać nowych ludzi. Idea jest prosta: dołączasz do grupy, która odpowiada twoim zainteresowaniom, a potem wyświetlaja ci się wydarzenia proponowane przez członków grupy. Możesz sobie dołączyć do danego wydarzenia, albo po prostu stworzyć nowe i czekać, aż ktoś dołączy. Na przykład masz ochotę pójść do kina, ale samej jakoś tak dziwnie? Wstawiasz swoją propozycję na meetupie i czekasz, aż ktoś dołączy. Potem uzgadniacie między sobą szczegóły i jazda do kina! 
  • Po czwarte: couchsurfing.com - troszkę jak meetup.com, ale idea jest inna. Już tłumaczę. Couchsurfing służy głównie do znajdywania ludzi, którzy moga nas przenocować w danym mieście. I to niekoniecznie w luksusowych warunkach. Dla większości couchsurferów wystarczy kanapa (couch) lub miejsce na podłodze. I to za darmo, to znaczy nie płacisz za pobyt pieniędzmi, ale swoim doświadczeniem, towarzystwem, wymianą ciekawych historii z podróży. Pewnie teraz zastanawiacie się czy to jest bezpieczne. Couchsurfing ma system referencji, czyli opinii o danym użytkowniku. Spędziłaś parę dni u jednego hosta? Wystaw mu referencję. Pozytywną, negatywną lub neutralną. Przy poszukiwaniu odpowiedniego hosta, zwróć uwagę na referencje. Im więcej pozytywnych, tym lepiej. Ja z racji tego, że zazwyczaj podróżuję samotnie, nie zdecydowałam się jeszcze na nocleg poprzez Couchsurfing, ale używam tej strony do czegoś innego. Do czego? Do poznawania nowych ludzi, kiedy jestem w obcym dla siebie mieście. Po prostu zazwyczaj szukam strony danej miejscowości, piszę posta na temat tego, że będę w takim terminie w tym mieście i czy nie ma kogoś, kto chciałby się spotkać, pokazać miasto, wyjść na kawę, lub na coś do jedzenia. Zazwyczaj odzew jest spory, zależy to też od miejscowości. W Barcelonie bardzo dużo osób mi odpisało, a na przykład w małym niemieckim Berkastel nikt. I tak oto przez Couchsurfing poznałam dwie au pairki, z którmi zwiedzałam Barcelonę (Słowenkę i Włoszkę), hiszpańskiego fryzjera, u którego ścięłam sobie włosy, chłopaka z Liechtensteinu, który spędzał czas w Barcelonie po swojej 2-letniej podróży dookoła świata. Z kolei kiedy byłam w Brukseli, poznałam Włocha, który pokazał mi centrum miasta, a nawet zobaczyłam nocną panoramę Brukseli z dachu wieżowca. Wyobraźcie sobie, ile osób, tyle różnych historii do wysłuchania, i to jest świetne!

sobota, 8 sierpnia 2015

Zwiedzanie Londynu

Siedzę sobie właśnie w moim pokoju, korzystając z dnia wolnego na odpoczynek, zajadając jogurt grecki z granatem, borówkami i truskawkami. No i mnie naszło, żeby zaktualizować trochę mojego bloga. W poprzednim poście obiecałam, że opiszę moje wizty w Londynie. Pewnie i tak skończy się na tym, że wstawię więcej zdjęć niż tekstu, ale jakoś ostatnio wolę obrazki. I ręce bolą od klepania w klawiaturę. Aż się zastanawiam, jak ja napisałam dwa licencjaty?! Ale przejdźmy do rzeczy.


The Shard
Bo ja kocham lawendę!

















Moja pierwsza wycieczka do Londynu miała miejsce w czerwcu, kiedy to transportowałam młodą Zośkę do dziadka (na temat moich problemów na lotnisku, przeczytasz tutaj). Jak już wcześniej napisałam, dziadek przejął się rolą przewodnika bardzo. Mieszkaliśmy aż w 6 strefie, więc trochę zajęło zanim dojechaliśmy do centralnego Londynu. Pierwszym punktem wycieczki była Tower London oraz Tower Bridge. Widziałam The Shard, czyli całkiem fajny biurowiec, który wygląda jak odłamek szkła, i dlatego też ma taką nazwę (shard - odłamek). Kolejka do Tower of London niemiłosiernie długa, więc nie wybrałam się do środka, bo szkoda mojego cennego czasu. Następnym razem może się tam wybiorę.

Tower Bridge

Tower of London i kolejka...
Następnym punktem na planie zwiedzania wymyślonym przez dziadka był rejs po Tamizie. Wyruszyliśmy właśnie spod Tower of London i popłynęliśmy aż do London Eye, gdzie zeszliśmy na brzeg i udaliśmy się po bilety na ten gigantyczny diabelski młyn. 
Widok z łodzi

St. Paul's w oddali

Parlament oraz Big Ben
A wiecie, że Big Ben to tak naprawdę nazwa dzwonu, który znajduje się na tej wieży, a nie nazwa samej wieży? Człowiek uczy się całe życie, sama tego nie wiedziałam!

Widok z London Eye
A potem podeszliśmy sobie pod Parlament, zobaczyliśmy Big Bena, Katedrę Westminsterską
i dotarliśmy na Trafalgar Square. Tam szybko poszliśmy do National Gallery zobaczyć słynne Słoneczniki i przy okazji byliśmy na lunchu w kawiarni.

Trafalgar Square razem z National Gallery
Następnego dnia, kiedy miałam czas na samodzielne zwiedzanie, wybrałam się tam jeszcze raz, a dodatkowo pojechałam do British Museum. Czyli do 'muzeum garnków', jak nazywa je mój znajomy Anglik. I rzeczywiście, garnków od zatrzęsienia! Greckie, chińskie, i nie wiadomno jeszcze jakie. Ja zazwyczaj lubię chodzić po muzeach. I mówi to osoba, która spędziła 4, słownie cztery godziny w Luwrze! Ale już nauczyłam się, że nie ma po co marnować czasu, na chodzenie po całym muzeum, ponieważ i tak nie da się tego zobaczyć w ciągu jednej wizyty, tylko trzeba szybko na mapie znaleźć interesujące mnie rzeczy i do dzieła!

Wróciłam dwa dni temu z wakacji we Francji, więc to też jest do opisania. Listę jakąś muszę sobie zrobić z tematami na przyszłe notki. Chyba.