Siedzę sobie właśnie w moim pokoju, korzystając z dnia wolnego na odpoczynek, zajadając jogurt grecki z granatem, borówkami i truskawkami. No i mnie naszło, żeby zaktualizować trochę mojego bloga. W poprzednim poście obiecałam, że opiszę moje wizty w Londynie. Pewnie i tak skończy się na tym, że wstawię więcej zdjęć niż tekstu, ale jakoś ostatnio wolę obrazki. I ręce bolą od klepania w klawiaturę. Aż się zastanawiam, jak ja napisałam dwa licencjaty?! Ale przejdźmy do rzeczy.
 |
| The Shard |
 |
| Bo ja kocham lawendę! |
Moja pierwsza wycieczka do Londynu miała miejsce w czerwcu, kiedy to transportowałam młodą Zośkę do dziadka (na temat moich problemów na lotnisku, przeczytasz
tutaj). Jak już wcześniej napisałam, dziadek przejął się rolą przewodnika bardzo. Mieszkaliśmy aż w 6 strefie, więc trochę zajęło zanim dojechaliśmy do centralnego Londynu. Pierwszym punktem wycieczki była Tower London oraz Tower Bridge. Widziałam The Shard, czyli całkiem fajny biurowiec, który wygląda jak odłamek szkła, i dlatego też ma taką nazwę (shard - odłamek). Kolejka do Tower of London niemiłosiernie długa, więc nie wybrałam się do środka, bo szkoda mojego cennego czasu. Następnym razem może się tam wybiorę.
 |
| Tower Bridge |
 |
| Tower of London i kolejka... |
Następnym punktem na planie zwiedzania wymyślonym przez dziadka był rejs po Tamizie. Wyruszyliśmy właśnie spod Tower of London i popłynęliśmy aż do London Eye, gdzie zeszliśmy na brzeg i udaliśmy się po bilety na ten gigantyczny diabelski młyn.
 |
| Widok z łodzi |
 |
| St. Paul's w oddali |
 |
| Parlament oraz Big Ben |
A wiecie, że Big Ben to tak naprawdę nazwa dzwonu, który znajduje się na tej wieży, a nie nazwa samej wieży? Człowiek uczy się całe życie, sama tego nie wiedziałam!
 |
| Widok z London Eye |
A potem podeszliśmy sobie pod Parlament, zobaczyliśmy Big Bena, Katedrę Westminsterską
i dotarliśmy na Trafalgar Square. Tam szybko poszliśmy do National Gallery zobaczyć słynne Słoneczniki i przy okazji byliśmy na lunchu w kawiarni.
 |
| Trafalgar Square razem z National Gallery |
Następnego dnia, kiedy miałam czas na samodzielne zwiedzanie, wybrałam się tam jeszcze raz, a dodatkowo pojechałam do British Museum. Czyli do 'muzeum garnków', jak nazywa je mój znajomy Anglik. I rzeczywiście, garnków od zatrzęsienia! Greckie, chińskie, i nie wiadomno jeszcze jakie. Ja zazwyczaj lubię chodzić po muzeach. I mówi to osoba, która spędziła 4, słownie cztery godziny w Luwrze! Ale już nauczyłam się, że nie ma po co marnować czasu, na chodzenie po całym muzeum, ponieważ i tak nie da się tego zobaczyć w ciągu jednej wizyty, tylko trzeba szybko na mapie znaleźć interesujące mnie rzeczy i do dzieła!
Wróciłam dwa dni temu z wakacji we Francji, więc to też jest do opisania. Listę jakąś muszę sobie zrobić z tematami na przyszłe notki. Chyba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz