czwartek, 26 listopada 2015

Luksemburg - podsumowanie

Piszę tę notkę z lekkim opóźnieniem. To znaczy, że więcej niż miesiąc temu zakończyłam moją roczną przygodę jako au pair. Przyszedł czas na podsumowanie całego roku spędzonego w Luksemburgu. 


Nie wiem czy też tak ktoś miał, ale kiedy przyjechałam do Luksemburga, jeszcze mi się chciało. Mam na myśli to, że miałam głowę pełną pomysłów na spędzanie czasu z dziećmi. Potem osiągnęłam magiczny próg 6 miesięcy i moja wena sobie gdzieś poszła. Dokąd? Nie mam zielonego pojęcia. Do tej pory jej jeszcze nie znalazłam. Ktoś może wie, co się z nią stało?

Ogólnie rzecz biorąc, miło wspominam cały ostatni rok. Oczywiście, były momenty, kiedy miałam naprawdę dość i ręce samoczynnie mi opadały. Napady złości 5-latka oraz 3-latki, doprowadzające mnie - ich au pair - do granic mojej cierpliwości. Nie miałam pojęcia, jak cierpliwa potrafię być, dopóki nie zostałam au pair. Wszystko wynagradzał mi bezzębny jeszcze uśmiech najmłodszej z całej gromadki, i obserwowanie jej rozwoju oraz bycie jego częścią. I mówię tu o karmieniu różnymi własnoręcznie przygotowanymi papkami, obserwowaniu jak zaczyna podnosić głowę, jak zaczyna sama siadać, potem raczkować, a w końcu wstawać o własnych siłach. Jej pierwsze kroki zobaczyłam przez Skype, bo niestety nie było mnie już wtedy w Luksemburgu. 

Zarazem utwierdziłam się w przekonaniu, że nie mogłabym być już nigdy au pair albo nianią. Jestem pewna, że jeden rok (plus 1,5 miesiąca wcześniej we Francji) wystarczy mi na bardzo długi czas, i nie zdecyduję się już na ponowne opiekowanie się dziećmi. To ponad moje siły. Wiem, dlaczego rodzice zatrudniają au pair lub nianie do opieki nad swoimi dziećmi. Prawda jest taka, że oni są zmęczeni opiekowaniem się własnymi dziećmi. Tak, to prawda. Wydaje mi się, że jeśli kiedykolwiek będę miała dzieci, i jeśli będzie mnie na to stać, też sobie zatrudnię taką au pair do pomocy. Żeby mieć chociaż chwilę wytchnienia. 

Tyle smęcenia, teraz trochę plusów. Nauczyłam się trochę francuskiego, oczywiście nie na tyle, żeby prowadzić inteligentne rozmowy na temat filozofii. Co ja piszę? Ja nadal mam blokadę językową jeśli chodzi o mówienie po francusku i co z takim czymś zrobić, no co?
Poznałam fajne osoby, kiedy byłam w Luksemburgu i nadal utrzymuję z nimi kontakt. 

Przeżywam odwrotny szok kulturowy. Ale o tym napiszę może w następnej notce.

poniedziałek, 9 listopada 2015

(nie)Winne wakacje

Nadganiam notki powoli, bo wiem, że niewiele czasu mi już zostało w Luksemburgu. Jeszcze tylko dokładnie miesiąc i moja przygoda z aupairowaniem skończy się na zawsze. Serio. Rok w Luksemburgu plus wcześniejsze 6 tygodni we Francji jest dla mnie wystarczający jak na zajmowanie się dzieciakami. EDIT: Już jestem w Polsce, a tego posta miałam w wersji roboczej. Powoli wychodzę ze stanu chronicznej prokrastynacji, więc pomyślałam, że zacznę od zaktualizowania mojego bloga.

Colmar
Alzacja oraz niemiecka część doliny Mozeli były naszymi wakacyjnymi destynacjami tego lata. Zacznę od Alzacji. Takie podstawowe info, Alzacja to region rozpięty pomiedzy Francją a Niemcami. Oczywiście obydwa te regiony są słynne z produkcji wina. Zwiedziłam dwa miasta w Alzacji. W Colmar mieszkaliśmy, jest to bardzo ładne miasteczko. Jest tam pełno małych knajpek, restauracji i barów. Na uwagę zasługuje tzw. Mała Wenecja, czyli dzielnica miasta poprzecinana kanałami. Przypominało mi to trochę klimatem Brugię w Belgii, brakowało tylko łabędzi. Wszędzie pływające łódki z turystami i jak już wcześniej wspomniałam knajpki z ogródkami piwnymi (a może winnymi?) pełnymi turystów. Muszę jeszcze wspomnieć, że kiedy wjeżdżaliśmy do Colmaru, widzieliśmy miniaturową Statuę Wolności. Okazało się, że Colmar był miejscem narodzin francuskiego rzeźbiarza Auguste Bartholdiego, autora oryginalnej Statui. 

Mała Wenecja w Colmar
Korzystając z wolnego dnia, wybrałam się do Strasbourga pociągiem. Tam też całkiem sporo kanałów i łodzi oraz turystów. Ale na co ja narzekam? Przecież sama byłam jedną z nich. Wizyta w Strasbourgu była też okazją do spotkania się z moim tzw. penpalem. W końcu po około sześciu latach internetowej przyjaźni miałam możliwość spotkać tą osobę na żywo. Czy się bałam? Oczywiście, że się bałam, nigdy nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie i takie tam. Ale postanowiłam podjąć to ryzyko i się z nim spotkać. I nie zawiodłam się, i nic mi się nie złego nie stało. Spędziliśmy czas na zwiedzaniu centrum Strasbourga, wizycie w Macu, kupowaniu pamiątek, rozmowach i próbach nauczenia mnie dialektu alzackiego.

Strasbourg

Strasbourg
Po powroocie do Luksemburga mieliśmy 4 dni na odpoczynek, a potem wybraliśmy się na krótkie wakacje do Niemiec, a dokładnie do Bernkastel-Kues, gdzie spędzaliśmy czas w pięknym domu, a także w historycznym centrum miasteczka. Zapomniałam dodać, że wino tam produkują. Dużo znaczy się wina. A co za tym idzie, główny krajobraz to winnice. Mieliśmy świetny widok z okien na wzgórza porośnięte winoroślami. 

Bernkastel i wzgórza z winnicami

Mozela i winnice