niedziela, 19 października 2014

Przyszla kryska na...

Matyska. Tym Matyskiem jest w tym przypadku moj kochany laptop. Czarny ekran i tyle co mi z laptopa zostalo. Z gory przepraszam za brak polskich znakow, jakkolwiek to nie zabrzmi, nie mam polskiej klawiatury! Obecnie korzystam z komputera udostepnionego mi przez moja host rodzine, a ktory znajduje sie w moim pokoju. Takze jak na razie jest luz. 

A teraz przejde do streszczenia wydarzen z poprzednich kilku dni, albo tygodnia. Jak wiadomo z poprzedniej notki, zaczelam chodzic na kurs francuskiego. Na poziomie B1.2. Bylam juz na dwoch zajeciach w przeciagu tygodnia. I caly czas jestem zszokowana. Zszokowana moja nikla znajomoscia francuskiego i zszokowana tym, ze wszyscy na zajeciach mowia po francusku! Nie powinno mnie to dziwic, w koncu to poziom B1.2. Jak na razie, to siedze sobie cicho jak myszka i slucham co inni maja do powiedzenia. Rozumiem co mowia, to juz jest cos! Rozpietosc wiekowa w grupie jest naprawde ogromna: zaczynajac od ok. 20 lat, konczac na ok. 50. Siedze obok dziewczyny, ktora jest w moim wieku i prawdopodobnie jest Niemka. Co lepsze, rozmawiam z nia tylko po francusku, nie mam pojecia czy mowi po angielsku. Zreszta nie chce sobie ulatwiac zadania. Wracamy zawsze razem na dworzec, wiec troche nam sie udalo porozmawiac, chociaz nie byly to glebokie rozmowy o filozofii, o nie! Na to przyjdzie jeszcze pora! 

Bylam na tym calym szkoleniu dla nauczycieli razem z K. I musze przyznac, ze bylo fajnie. Szkolenie prowadzila Amerykanka, ktora ma dlugoletnie doswiadczenie w prowadzeniu lekcji jezyka angielskiego. Poznalam wiele ciekawych gier i zabaw, ktore moge potem wykorzystac jesli kiedykolwiek zostane nauczycielem angielskiego. 

Razem z S., wloska au pair, wybralam sie na Noc Muzeow, organizowana przez miasto Luksemburg. Za jedyne 8 euro, bo tyle kosztowal bilet, mialam wstep do wszystkich muzeow w miescie. Cala akcja trwala od 18 do 1 w nocy. Pomiedzy muzeami kursowaly darmowe autobusy, mialam nawet okazje przejechac sie czerwonym londynskim double deckerem! Zeby kazdy mogl trafic do poszczegolnych muzeow, na chodnikach zostaly wyrysowane wapnem slady. Widzialam ludzi, ktorzy sie tym zajmowali. Pomykali sobie po miescie z taczkami pelnymi wapna i znaczyli slady od jednego muzeum do nastepnego. Na poczatku myslalam, ze maluja biale znaki na ulicach od nowa, ale kiedy zobaczylam, ze nie zawsze te linie sa idealnie proste, zrozumialam o co chodzi. Ogolnie te linie wygladaly jakby malowal je ktos pod wplywem alkoholu :)

Dzisiaj wybieram sie na wycieczke do Schengen. Bedziemy zwiedzac muzeum europejskie, a potem... festiwal wina! Takze w nastepnej notce na pewno napisze o moich wrazeniach z tej wycieczki! 

Odbior!

środa, 8 października 2014

Parlez vous français?

Oui, oui! Tak mniej więcej wyglądała moja rozmowa mająca na celu przydzielenie mnie do odpowiedniej grupy na zajęciach z języka francuskiego. Oczywiście, porozmawiałam sobie z panią po francusku (czyt. wydusiłam z siebie kilka nieskładnych zdań), na większość jej pytań odpowiadając 'Oui'. Po pierwsze nie powtórzyłam sobie za bardzo tego czego nauczyłam się przez ostatnie trzy lata w szkole w Polsce. Po drugie, przeraziłam się, gdy czekając na moją kolej słyszałam rozmowę innej dziewczyny z tą panią. Dziewczyna mówiła biegle po francusku, a przynajmniej tak mi się tylko wydawało, w każdym razie lepiej ode mnie. Kiedy nadeszła moja kolej, miałam się przedstawić i opowiedzieć coś o sobie. Opowiedziałam kim jestem, skąd wzięłam się w Luksemburgu, jak długo tu jestem, co tutaj robię. Pani zadawała mi pytania pomocnicze, bo czasami gubiłam wątek, albo brakowało mi słów. Na koniec przydzieliła mnie do grupy na poziomie B1.2, co było dla mnie dużym zaskoczeniem biorąc pod uwagę rozmowę, którą odbyłam. Myślałam, że będzie gorzej!


Skoro już mowa o językach, to chciałabym króciutko napisać jak jest z nimi w Luksemburgu. Jak nie każdy wie, językami urzędowymi w Luksemburgu są francuski, niemiecki i uwaga... luksemburski! Tak, Luksemburczycy mają swój własny język. Brzmi on trochę jak zniekształcony niemiecki, dużo więcej jest w nim szumiących dźwięków, zdarzają się słowa pożyczone z francuskiego. Prawdopodobnie znając niemiecki można by było zrozumieć język luksemburski, ale to tylko moje przypuszczenia. Cała edukacja odbywa się w języku luksemburskim, dzieci emigrantów uczą się luksemburskiego, tak żeby potem mogły normalnie funkcjonować w luksemburskiej szkole. Dopiero potem wprowadzany jest bodajże język niemiecki
i francuski jako języki obce. Z tego co czytałam, to właśnie duży nacisk kładzie się na naukę języków, dzieciaki mają więcej godzin języków obcych w ciągu tygodnia, niż na przykład dzieciaki w polskiej szkole. Dzięki takiemu systemowi, społeczeństwo posługuje się minimum trzema językami (trzeba wliczyć do tego także język angielski i inne). 

Poznałam w tym tygodniu koleżankę mojej hostki. K. jest Amerykanką i jest w zbliżonym wieku do mojego (tak naprawdę, nie mam pojęcia ile ma lat!). W tej chwili szkoli się online żeby móc nauczać angielskiego w szkole językowej. Zaproponowała mi, abym udała się z nią na szkolenie dla nauczycieli języków obcych w sobotę. Postanowiłam skorzystać z tej okazji i wziąć udział w szkoleniu. Zobaczę o co w nim chodzi jak już będę na miejscu i zdam pełną relację.

Na razie kończę, dobranoc!

piątek, 3 października 2014

Z wizytą w Clervaux!

W minioną środę korzystając z prawie całego wolnego dnia, wybrałam się razem z au pair z Danii do Clervaux. Ale zaraz, zaraz... Gdzie to jest?!

Z Luksemburga do Clervaux. 
Jest to mała mieścina (jak wszystko w Luksemburgu!) na północy kraju. Dostałyśmy się tam pociągiem ze stolicy za zawrotną cenę 2 euro. Naszym głównym celem było zobaczenie wystawy fotograficznej 'The Family of Man'. Zdjęcia zostały zebrane przez Edwarda Steichena, zostały do niego przesłane przez fotografów z całego świata. W sumie w kolekcji znajduje się ok. 500 czarno-białych zdjęć, których głównym tematem jest człowiek. Głównym założeniem całego projektu było szerzenie pokoju i międzynarodowego zrozumienia w czasach Zimnej Wojny. Można zobaczyć ludzi z różnych stron świata, towarzysząc im we wszsytkich etapach życia, poczynając od narodzin, a kończąc na śmierci. Według mnie te zdjęcia pokazują ludzkość w całej swej okazałości. Polecam!

Zamek w Clervaux
Wracając do tematu wycieczki, razem z R. udało nam się aż trzy razy zgubić drogę do zamku. Tak, wyznaczyłyśmy sobie zamek jako cel. Najpierw poszłyśmy w złą stronę, więc wróciłyśmy się do miejsca, z którego wystartowałyśmy. Potem poszłyśmy w drugą stronę i spotkałyśmy starsze małżeństwo, które udzieliło nam wskazówek jak dotrzeć do zamku (cud, że mówili po angielsku!). Zawróciłyśmy jeszcze raz i poszłyśmy tą samą drogą co wcześniej, aby tam spotkać człowieka, który powiedział nam, że idziemy w kompletnie złym kierunku i wytłumaczył nam łopatologicznie jak tam dotrzeć. Posłuchałyśmy jego wskazówek i w końcu udało nam się znaleźć nie tylko zamek, ale i całe miasteczko!


Dziedziniec

Amerykański czołg na zamku!

Krowy!