sobota, 30 maja 2015

Hola Barcelona!

Znowu mnie wywiało. Tym razem w cieplejsze rejony Europy. Odkąd pamiętam, zawsze marzyłam o tym, żeby odwiedzić Barcelonę, i w końcu udało mi się to marzenie spełnić. 


Moje stopy postawiłam na hiszpańskiej ziemi w poniedziałek, 25 maja o 11 rano. Miałam za sobą w tym momencie 3-godzinną podróż autobusem na lotnisko Charleroi, 2 godziny czekania na lotnisku, a potem 1,5 godziny lotu. Prawie 7 godzin w podróży, ale cóż, opłacało się! Muszę w tym momencie trochę ponarzekać, bo w trakcie lotu tak mi zatkało uszy, że ledwie słyszałam co mówię i co mówi do mnie pani z informacji turystycznej, kiedy poszłam tam, żeby dostać mapę Barcelony i metra. Chciałam jeszcze kupić bilet T10, bo taki najbardziej się opłaca, ale dowiedziałam się, że muszę iść na stację kolejową i kupić go w automacie. Droga z terminalu T2 na stację zajęła mi jakieś 10 minut, musiałam przejść przez taką długą kładkę przewieszoną nad ulicą, i w końcu byłam na stacji! Kupiłam bilet, z małą pomocą pewnego starszego Hiszpana, bo ja jako wiecznie nieogarnięta sierota, nie ogarniałam, gdzie tu włożyć banknoty. Pan mi pokazał gdzie, a ja powiedziałam: Gracias!

Lądujemy!
Dotarcie do centrum zajęło mi jakieś 40 minut chyba, już nie pamiętam zresztą. Zostawiłam mój bagaż w przechowalni bagażu, bo mogłam się zameldować dopiero około 18, a nie chciałam włóczyć się po mieście z moim bagażem, który jak na bagaż podręczny, trochę ważył. Następnie poszłam spotkać się z dziewczyną poznaną przez Couchsurfing, też au pair jak ja. Miałyśmy iść na tzw. free walking tour po starym mieście, organizowany przez (chyba) organizację studencką. W każdym bądź razie, idea tego jest taka, że wycieczka jest darmowa, a pod koniec, jesli Ci się podobało, dajesz tyle kasy ile uważasz za stosowne. Nasza grupa trafiła na świetną przewodniczkę, która opowiadała wszystko z humorem, a i wiedziała mnóstwo ciekawostek na temat Barcelony. Zobaczyłam dzielnicę gotycką oraz żydowską, widziałam najbrzydszy budynek w Barcelonie, dowiedziałam się o dziwnych zwyczajach w Katalonii. Wycieczkę uważam za wyjątkowo udaną - kiedy przyjechałam do Barcelony, nie miałam pojęcia o jej historii, a na tej wycieczce wiedzę miałam podaną w przystępnej i interesującej formie. W trakcie 20-minutowej przerwy, razem z moją nową koleżanką ze Słowenii, wypiłam moją pierwszą sangrię, i pełne energii mogłyśmy zwiedzać dalej.


Sangria



 Wieczorem spotkałyśmy się z jeszcze jedną au pair, tym razem z Włoch, i wszystkie trzy pojechałyśmy pod Sagrada Familia. Nie wiem, czy to tylko ja odniosłam takie wrażenie, ale ten kościół jest bardziej imponujący na pocztówkach.
W rzeczywistości świątynia otoczona jest żurawiami, ponieważ jest cały czas budowana. Podobno mają ją skończyć w 2026 roku. Widać różnicę między elementami wzniesionymi jeszcze za czasów Gaudiego, a tymi wzniesionymi współcześnie. Wieże sprawiają takie trochę cukierkowe wrażenie, bo na ich czubkach są tego typu ozdoby. Przepraszam za jakość tych paru zdjęć, ale niestety w tym czasie miałam ze sobą tylko telefon, bo aparat zostawiłam w pokoju. Zdjęcia lepszej jakości w dalszej części notki!
Sagrada Familia

Drugiego dnia ponownie spotkałam się z moimi nowymi koleżankami au pairkami, i poszłyśmy na spacer na La Rambla. Znalazłyśmy słynny targ La Boqueria, na którym można było dostać oczopląsu od tylu kolorów i mnóstwa jedzenia! Zresztą zobaczcie sami: 

Raj dla podniebienia!

Tyle pyszności!

Będąc na tym targu, skorzystałyśmy z rady naszej przewodniczki z dnia poprzedniego i kupiłyśmy sobie po jednym smoothie. I tutaj ta rada brzmiała mniej więcej w ten sposób: nie kupujcie smoothies zaraz na samym początku targu, bo kosztują 2 euro, tylko idźcie trochę w głąb targu, a znajdziecie to samo za 1 euro! Sprawdzone info!
Zanim spotkałam się z koleżankami, poszłam spotkać się z jednym couchsurferem, który ma swój salon fryzjerski. Oczywiście wyszłam stamtąd z nową fryzurą, czego absolutnie wcześniej nie planowałam!


Trzeci dzień, z racji tego, że jedna z moich kompanek wyjechała, a druga pracowała, poświęciłam na włóczenie się po uliczkach Barcelony. 

Ten budynek z literką W to hotel, który kosztował 260 milionów dolarów!
Uwaga, uwaga! Ciekawostka: Przed Igrzyskami Olimpijskimi w 1992 roku, Barcelona nie miała ładnych plaż i miała wysoki odsetek przestępczości. Ojciec mojej przewodniczki był tutaj w latach 70-tych i został dźgnięty nożem na La Rambla! W każdym bądź razie, na Igrzyska Olimpijskie Barcelona uporała się z przestępcami. Co więcej, została wsparta przez inne kraje w przgotowaniach do Olimpiady. W ten sposób palmy, które rosną na nabrzeżu zostały przywiezione z Florydy, a piasek, który obecnie tworzy piękne plaże został przetransportowany z Egiptu!

W tle wzgórze Montjuic

Najbrzydszy budynek w Barcelonie!

Casa Batllo
Fonatnna niedaleko Plaza Espanya

Mieszkałam w tej okolicy, w jednej z bocznych uliczek z prawej strony ;)
Wydaje mi się, że 3 dni to zdecydowanie za mało czasu na zwiedzenie tego miasta i na pewno jeszcze kiedyś tam wrócę!

środa, 20 maja 2015

Tulipanowe love czyli wiosna w Amsterdamie

Dawno tutaj niczego nie pisałam, a to tylko dlatego, że byłam w rozjazdach ostatnio. Wybrałam się na weekend do Amsterdamu, ponieważ jeszcze tam mnie nie wywyiało. Po Amsterdamie spędziłam jeden dzień w Luksemburgu i pojechałam do Polski na urlop. Urlop jak to urlop, był zdecydowanie za krótki i z chęcią zostałabym w Polsce na dłużej. Ale nie o tym ma być ta notka. W tytule coś o tulipanach jest, no nie?

Cały wyjazd do Amsterdamu był takim trochę spontanem, dowiedziałam się o nim z tygodniowym wyprzedzeniem. Koleżanka dała mi znać czy bym nie chciała się wybrać do Amsterdamu na weekend, jesli oczywiście mam wolny. No i miałam wolny, musiałam tylko przełożyć 2,5 godziny z soboty na piątek i dałam radę wszystko ogarnąć. Do Amsterdamu pojechałyśmy samochodem, zabrało nam to jakieś 4 godziny w jedną stronę. Pojechałyśmy tam tylko na weekend.

Pierwszego dnia od razu zameldowałyśmy się w hostelu, zostawiłyśmy bagaże i ruszyłyśmy szukać przystanku. Chciałyśmy dostać się do ogrodu Keukenhof, słynnego z tulipanów i innych wiosennych kwiatów. Trochę nam zeszło zanim ogarnęłyśmy system transportu publicznego w Amsterdamie. Najpierw kupiłysmy bilety 24-godzinne, a potem poszłyśmy szukać autobusu, który zabierze nas na lotnisko Schiphol, ponieważ stamtąd odbywały się wyjazdy do Keukenhof. W autobusie okazało się, że bilety które kupiłyśmy nie są ważne na ten akurat autobus i byłysmy zmuszone kupić bilet u kierowcy. W każdym bądź razie udało nam się dostać na lotnisko, a stamtąd do Keukenhof. A na miejscu, cuda nad cudami! Tyle kwiatów to ja jeszcze w życiu nie widziałam! A ile tulipanów, narcyzów, hiacyntów i innych takich cebulkowyh wiosennych kwiatków! Można było dostać oczopląsu! Zresztą, zobaczcie sami:




Pole tulipanów, tylko wiatraka brak!


A w samym ogrodzie, ludzi tyle co tulipanów! Na parkingu pełno autobusów z zagrnicznymi rejestracjami, były też polskie oczywiśćie, ale najliczniejszą grupę stanowiły niemieckie. Zjechało się mnóstwo emerytów i rencistów właśnie z Niemiec i oczywiście z Holandii, przy wejściu do ogrodu było tak ciasno, że ledwo można było przejść dalej, Holendrzy dobrze przygotowali się na przyjęcie tylu gości. W niektórych miejscach porozstawiane były budki z hotdogami, frytkami, goframi, a nawet truskawkami z bitą śmietaną!

Po pierwszej części zwiedzania ogrodu udałyśmy się na kwiatową paradę, czy jak to się zwało. Ogólnie to parada jest co roku wiosną, i z tego co czytałam, biedni ludzie maszerują sobie 40 km z Amsterdamu do Haarlemu, na szczęście mają zmienników, Jadą także wielokwiatowe platformy, a na nich cuda wianki (dosłownie!)



I w ten oto sposób minęła nam sobota. Drugiego dnia wybrałyśmy się na zwiedzanie Amsterdamu. Oczywiście korzystałyśmy z komunikacji miejskiej, i tu dobrym pomysłem okazało się kupno biletu 24-godzinnego za niecałe 8 euro. Dlatego mogłyśmy jeździć tramwajami, metrem i autobusami do woli. Udałyśmy się do muzeum figur woskowych Madame Tussauds (nawet nie wiedziałam, że mają takie coś w Amsterdamie). Najpierw musiałyśmy odczekać swoje w kolejce po bilety, bo oczywiście nie jesteśmy przezorne i nie kupiłyśmy biletów przez Internet. Czekanie zajęło nam jakieś 20 minut i potem mogłyśmy się cieszyć atrakcjami muzeum. Zajęło nam to chyba ze 3 godziny! Tyle figur do sfotografowania, zatrzymywałyśmy się praktycznie przy każdej!


 Po muzeum powłóczyłyśmy się trochę po centrum miasta, gdzie udało mi się zrobić parę zdjęć, które można zobaczyć poniżej. Końcowym punktem programu była wizyta w muzeum Van Gogha, a tam kolejka okazała się być ogromna! Ale my zaprawione w boju po muzeum figur woskowych, stanęłyśmy ochoczo w kolejce i tak oto spędziłyśmy godzinę naszego życia wśród tłumu turystów. Dlatego też przestrzegam wszystkich, którzy mają zamiar wybrać się do Amsterdamu: kupujcie bilety wcześniej przez Internet! Zaoszczędzi Wam to czasu, a czasami i pieniędzy!
Rowery...

Kanały...

Rowery i kanały!

sobota, 16 maja 2015

Śniadaniowo

Śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu całego dnia. Powtarzam to sobie codziennie niczym mantrę. W ciągu tygodnia roboczego jem śniadanie typowo francuskie - słynny pain au chocolat (chyba nigdy mi się nie znudzi) i do tego kawa (proper English coffee, ale to historia na inny wpis). Kiedy są weekendy i inne dni świąteczne i pain au chocolat nie gości na naszym stole, idę na łatwiznę i robię sobie szybkie śniadanie typu: jogurt + pokrojony banan + muesli. 

Nie mam pojęcia, co mnie podkusiło dzisiejszego ranka, żeby z tej łatwizny zrezygnować na rzecz innej, ale niewypróbowanej. Tak oto umamiłam sobie placuszki tudzież naleśniki bananowe reklamowane na różnych blogach fitness. Wydaje mi się, że zobacyłam przepis gdzieś na fejsie, a że wydał mi się banalnie prosty, zakodowałam go sobie w mojej łepetynie. Niestety, niewystarczająco dobrze go zapamiętałam. Serio, nawet teraz nie jestem sobie w stanie przypomnieć jakie były proporcje w tym przepisie. Pamiętam tylko, że jedynymi składnikami były jajka i banany. Nie wiem, czy tak było w przepisie, ale wzięłam jedno jajko i zmieszałam z dwoma rozgniecionymi bananami. Na patelni nie wyglądało to zbyt ładnie. Okazało się, że ciasto za nic nie chce dać się przekręcić, bo chyba jest za rzadkie. Dodałam trochę mąki, wymieszałam i dalej to samo. Dlatego też wrzuciłam wszystko na patelnię i w ten oto sposób powstało moje śniadanie: jajecznica bananowa. Nie wygladała zbyt apetycznie, ale dodałam trochę dżemu tuskawkowego na wierzch, żeby chociaż trochę ten wygląd zniwelować. Mimo takiego wygladu, to 'coś' okazało się zjadliwe. 

W każdym bądź razie, nigdy więcej eksperymentów w kuchni, przynajmniej nie wtedy kiedy nie pamiętam przepisu!