środa, 20 maja 2015

Tulipanowe love czyli wiosna w Amsterdamie

Dawno tutaj niczego nie pisałam, a to tylko dlatego, że byłam w rozjazdach ostatnio. Wybrałam się na weekend do Amsterdamu, ponieważ jeszcze tam mnie nie wywyiało. Po Amsterdamie spędziłam jeden dzień w Luksemburgu i pojechałam do Polski na urlop. Urlop jak to urlop, był zdecydowanie za krótki i z chęcią zostałabym w Polsce na dłużej. Ale nie o tym ma być ta notka. W tytule coś o tulipanach jest, no nie?

Cały wyjazd do Amsterdamu był takim trochę spontanem, dowiedziałam się o nim z tygodniowym wyprzedzeniem. Koleżanka dała mi znać czy bym nie chciała się wybrać do Amsterdamu na weekend, jesli oczywiście mam wolny. No i miałam wolny, musiałam tylko przełożyć 2,5 godziny z soboty na piątek i dałam radę wszystko ogarnąć. Do Amsterdamu pojechałyśmy samochodem, zabrało nam to jakieś 4 godziny w jedną stronę. Pojechałyśmy tam tylko na weekend.

Pierwszego dnia od razu zameldowałyśmy się w hostelu, zostawiłyśmy bagaże i ruszyłyśmy szukać przystanku. Chciałyśmy dostać się do ogrodu Keukenhof, słynnego z tulipanów i innych wiosennych kwiatów. Trochę nam zeszło zanim ogarnęłyśmy system transportu publicznego w Amsterdamie. Najpierw kupiłysmy bilety 24-godzinne, a potem poszłyśmy szukać autobusu, który zabierze nas na lotnisko Schiphol, ponieważ stamtąd odbywały się wyjazdy do Keukenhof. W autobusie okazało się, że bilety które kupiłyśmy nie są ważne na ten akurat autobus i byłysmy zmuszone kupić bilet u kierowcy. W każdym bądź razie udało nam się dostać na lotnisko, a stamtąd do Keukenhof. A na miejscu, cuda nad cudami! Tyle kwiatów to ja jeszcze w życiu nie widziałam! A ile tulipanów, narcyzów, hiacyntów i innych takich cebulkowyh wiosennych kwiatków! Można było dostać oczopląsu! Zresztą, zobaczcie sami:




Pole tulipanów, tylko wiatraka brak!


A w samym ogrodzie, ludzi tyle co tulipanów! Na parkingu pełno autobusów z zagrnicznymi rejestracjami, były też polskie oczywiśćie, ale najliczniejszą grupę stanowiły niemieckie. Zjechało się mnóstwo emerytów i rencistów właśnie z Niemiec i oczywiście z Holandii, przy wejściu do ogrodu było tak ciasno, że ledwo można było przejść dalej, Holendrzy dobrze przygotowali się na przyjęcie tylu gości. W niektórych miejscach porozstawiane były budki z hotdogami, frytkami, goframi, a nawet truskawkami z bitą śmietaną!

Po pierwszej części zwiedzania ogrodu udałyśmy się na kwiatową paradę, czy jak to się zwało. Ogólnie to parada jest co roku wiosną, i z tego co czytałam, biedni ludzie maszerują sobie 40 km z Amsterdamu do Haarlemu, na szczęście mają zmienników, Jadą także wielokwiatowe platformy, a na nich cuda wianki (dosłownie!)



I w ten oto sposób minęła nam sobota. Drugiego dnia wybrałyśmy się na zwiedzanie Amsterdamu. Oczywiście korzystałyśmy z komunikacji miejskiej, i tu dobrym pomysłem okazało się kupno biletu 24-godzinnego za niecałe 8 euro. Dlatego mogłyśmy jeździć tramwajami, metrem i autobusami do woli. Udałyśmy się do muzeum figur woskowych Madame Tussauds (nawet nie wiedziałam, że mają takie coś w Amsterdamie). Najpierw musiałyśmy odczekać swoje w kolejce po bilety, bo oczywiście nie jesteśmy przezorne i nie kupiłyśmy biletów przez Internet. Czekanie zajęło nam jakieś 20 minut i potem mogłyśmy się cieszyć atrakcjami muzeum. Zajęło nam to chyba ze 3 godziny! Tyle figur do sfotografowania, zatrzymywałyśmy się praktycznie przy każdej!


 Po muzeum powłóczyłyśmy się trochę po centrum miasta, gdzie udało mi się zrobić parę zdjęć, które można zobaczyć poniżej. Końcowym punktem programu była wizyta w muzeum Van Gogha, a tam kolejka okazała się być ogromna! Ale my zaprawione w boju po muzeum figur woskowych, stanęłyśmy ochoczo w kolejce i tak oto spędziłyśmy godzinę naszego życia wśród tłumu turystów. Dlatego też przestrzegam wszystkich, którzy mają zamiar wybrać się do Amsterdamu: kupujcie bilety wcześniej przez Internet! Zaoszczędzi Wam to czasu, a czasami i pieniędzy!
Rowery...

Kanały...

Rowery i kanały!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz