Śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu całego dnia. Powtarzam to sobie codziennie niczym mantrę. W ciągu tygodnia roboczego jem śniadanie typowo francuskie - słynny pain au chocolat (chyba nigdy mi się nie znudzi) i do tego kawa (proper English coffee, ale to historia na inny wpis). Kiedy są weekendy i inne dni świąteczne i pain au chocolat nie gości na naszym stole, idę na łatwiznę i robię sobie szybkie śniadanie typu: jogurt + pokrojony banan + muesli.
Nie mam pojęcia, co mnie podkusiło dzisiejszego ranka, żeby z tej łatwizny zrezygnować na rzecz innej, ale niewypróbowanej. Tak oto umamiłam sobie placuszki tudzież naleśniki bananowe reklamowane na różnych blogach fitness. Wydaje mi się, że zobacyłam przepis gdzieś na fejsie, a że wydał mi się banalnie prosty, zakodowałam go sobie w mojej łepetynie. Niestety, niewystarczająco dobrze go zapamiętałam. Serio, nawet teraz nie jestem sobie w stanie przypomnieć jakie były proporcje w tym przepisie. Pamiętam tylko, że jedynymi składnikami były jajka i banany. Nie wiem, czy tak było w przepisie, ale wzięłam jedno jajko i zmieszałam z dwoma rozgniecionymi bananami. Na patelni nie wyglądało to zbyt ładnie. Okazało się, że ciasto za nic nie chce dać się przekręcić, bo chyba jest za rzadkie. Dodałam trochę mąki, wymieszałam i dalej to samo. Dlatego też wrzuciłam wszystko na patelnię i w ten oto sposób powstało moje śniadanie: jajecznica bananowa. Nie wygladała zbyt apetycznie, ale dodałam trochę dżemu tuskawkowego na wierzch, żeby chociaż trochę ten wygląd zniwelować. Mimo takiego wygladu, to 'coś' okazało się zjadliwe.
W każdym bądź razie, nigdy więcej eksperymentów w kuchni, przynajmniej nie wtedy kiedy nie pamiętam przepisu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz