piątek, 11 marca 2016

Couchsurfing czy AirBnB?



Nie jestem może ekspertką od Couchsurfingu czy AirBnB, ale postanowiłam coś o tym napisać. Tak zwane 'Nie znam się, ale się wypowiem'. Będę bazować oczywiście na moich doświadczeniach związanych z tymi dwoma portalami. 


Co to jest Couchsurfing?

Hasłem przewodnim strony jest 'Stay with Locals for free (all over the world)', i to jedno zdanie pokrótce sumuje całą filozofię tego portalu. Gdziekolwiek się nie wybierasz, zawsze masz okazję znaleźć osobę, która ugości Cię w swoim domu. Spać możesz dosłownie gdziekolwiek: na kanapie w salonie, na materacu, w łóżku w osobnym pokoju, na podłodze i to tylko od Ciebie zależy jaką opcję wybierzesz szukając odpowiedniego gospodarza. Funkcjonuje tu system referencji, czyli za każdym razem, gdy zaszczycisz swoją obecnością któregoś z gospodarzy, wystawią Ci oni ocenę. Pozytywną, negatywną bądź neutralną. I działa to w obydwie strony! Ty też możesz gospodarzowi wystawić ocenę, co sprawia, że innym ludziom jest łatwiej dokonać wyboru widząc, że ktoś ma same pozytywne referencje. 

Moje doświadczenia z CS

Couchsurfing jest też dobrym narzędziem do poznawania nowych ludzi w danym miejscu. I tu też zazwyczaj trzeba patrzeć na referencje, chociaż nie zawsze jest to regułą. Z racji tego, że podróżowałam samotnie, chciałam spędzić trochę czasu z innymi ludźmi. A że jestem na tyle introwertyczna, nie zaczepiałam byle kogo na ulicy, wolałam znaleźć sobie kogoś do towarzystwa poprzez Couchsurfing (jak to brzmi!). Tak oto poznałam dziewczynę ze Słowenii oraz Włoszkę, z którymi wspólnie zwiedzałyśmy Barcelonę. Do dzisiaj utrzymuję z nimi kontakt. Tak samo z chłopakiem z Liechtensteinu, który wracał do kraju po blisko 2-letniej podróży dookoła świata, wyskoczyliśmy mojego ostatniego wieczoru na tapas i piwo. Mile wspominam także hiszpańskiego fryzjera z Barcelony, z którego salonu wyszłam z nową fryzurą i mieszanymi uczuciami. 

Jeśli chodzi o nocowanie to w sumie nie mam żadnego doświadczenia, nie licząc jednego epizodu, kiedy to namówiona przez przyjaciela, aby wyjść trochę poza moją strefę komfortu, pojechałam do miasta w którym kiedyś studiowałam, tylko po to, żeby po raz pierwszy w życiu być typową couchsurferką. I rzeczywiście, jak sama nazwa wskazuje, spałam na kanapie w salonie hiszpańskich wolontariuszy, a wcześniej byłam ich przewodnikiem po miejscowych barach, które zdążyłam poznać podczas mojej studenckiej kariery. 

Co to jest AirBnB?

AirBnB z kolei jest dobrą alternatywą dla hoteli i hosteli. Strona ta łączy ze sobą właścicieli domów, mieszkań, a nawet samych pokoi. Można wynająć całe mieszkanie, dom lub pojedynczy pokój w cenie hostelu lub hotelu, a nawet taniej. Wszystko zależy od tego, jakiego standardu oczekujesz. Ceny są naprawdę różne, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Dewizą, która wita nas na stronie jest proste: 'Witaj w domu - wynajmuj wyjątkowe miejsca od lokalnych gospodarzy w ponad 190 krajach'. Za wynajem płacimy przez Internet przy zakładaniu rezerwacji. Jeśli ktoś chciałby się zarejestrować na tej stronie, to podsyłam linka ---> AirBnB rejestracja

Moje doświadczenia z AirBnB

Miałam okazję korzystać z AirBnB dopiero dwa razy, ale od razu zakochałam się w tym portalu! Za pierwszym razem wynajęłam pokój w Brukseli, całkiem niedrogi, w pięknej kamienicy. Nie zaprzątałam sobie jednak głowy sprawdzeniem opinii o danej dzielnicy miasta. Oczywiście absolutnie nic mi się nie stało, ale wolałam wracać ze zwiedzania miasta przed zapadnięciem zmroku. Jedyny raz kiedy wracałam gdy było już ciemno, odprowadzał mnie poznany przez Couchsurfing Włoch i on sam stwierdził, że okolica nieciekawa. Mnie tam akurat odpowiadało to, że niedaleko miałam metro, a i pokój miałam fajny, właścicielka była przemiła. Cud miód i cukierki po prostu. 
Kolejny raz, kiedy postanowiłam użyć AirBnB był wtedy gdy wybrałam się do Barcelony. Coś mi odwaliło i stwierdziłam, że nie mam zamiaru dzielić pokoju w hostelu z 9 innymi osobami, anulowałam rezerwację i znalazłam sobie pokój dla jednej osoby niedaleko Placu Hiszpańskiego. Moimi gospodarzami byli Polka i jej chłopak Kolumbijczyk. Byłam ich pierwszym gościem ever i dołożyli wszelkich starań, żeby mój pobyt w ich mieszkaniu i w Barcelonie był niezapomniany. Okolica była bezpieczna, tym razem zrobiłam odpowiedni research i wybrałam spokojną dzielnicę. I dojazd do lotniska nie był taki tragiczny jak wcześniej myślałam, przystanek autobusowy miałam zaraz przy głównej drodze. 

Podsumowanie

Obydwie strony są świetne, każda z nich skupia się na trochę innych doświadczeniach, które możemy zdobyć podróżując. Couchsurfingu nie należy rozpatrywać w kategorii darmowego noclegu, chodzi tu bardziej o ducha gościnności, wymiany doświadczeń , wspólnego spędzania czasu, dzielenia się swoją kulturą. AirBnb z kolei nie jest typowym portalem z kwaterami do wynajęcia, ponieważ masz kontakt z gospodarzami, trochę na kształt CS, ale jednak płacisz za wynajem. I jeszcze taka ciekawostka na koniec, na AirBnb znajduje się pokój Van Gogha! Ten ze słynnego obrazu, znaczy się ktoś go odtworzył na żywo. Szczegóły tutaj ---> Pokój Van Gogha.  





czwartek, 26 listopada 2015

Luksemburg - podsumowanie

Piszę tę notkę z lekkim opóźnieniem. To znaczy, że więcej niż miesiąc temu zakończyłam moją roczną przygodę jako au pair. Przyszedł czas na podsumowanie całego roku spędzonego w Luksemburgu. 


Nie wiem czy też tak ktoś miał, ale kiedy przyjechałam do Luksemburga, jeszcze mi się chciało. Mam na myśli to, że miałam głowę pełną pomysłów na spędzanie czasu z dziećmi. Potem osiągnęłam magiczny próg 6 miesięcy i moja wena sobie gdzieś poszła. Dokąd? Nie mam zielonego pojęcia. Do tej pory jej jeszcze nie znalazłam. Ktoś może wie, co się z nią stało?

Ogólnie rzecz biorąc, miło wspominam cały ostatni rok. Oczywiście, były momenty, kiedy miałam naprawdę dość i ręce samoczynnie mi opadały. Napady złości 5-latka oraz 3-latki, doprowadzające mnie - ich au pair - do granic mojej cierpliwości. Nie miałam pojęcia, jak cierpliwa potrafię być, dopóki nie zostałam au pair. Wszystko wynagradzał mi bezzębny jeszcze uśmiech najmłodszej z całej gromadki, i obserwowanie jej rozwoju oraz bycie jego częścią. I mówię tu o karmieniu różnymi własnoręcznie przygotowanymi papkami, obserwowaniu jak zaczyna podnosić głowę, jak zaczyna sama siadać, potem raczkować, a w końcu wstawać o własnych siłach. Jej pierwsze kroki zobaczyłam przez Skype, bo niestety nie było mnie już wtedy w Luksemburgu. 

Zarazem utwierdziłam się w przekonaniu, że nie mogłabym być już nigdy au pair albo nianią. Jestem pewna, że jeden rok (plus 1,5 miesiąca wcześniej we Francji) wystarczy mi na bardzo długi czas, i nie zdecyduję się już na ponowne opiekowanie się dziećmi. To ponad moje siły. Wiem, dlaczego rodzice zatrudniają au pair lub nianie do opieki nad swoimi dziećmi. Prawda jest taka, że oni są zmęczeni opiekowaniem się własnymi dziećmi. Tak, to prawda. Wydaje mi się, że jeśli kiedykolwiek będę miała dzieci, i jeśli będzie mnie na to stać, też sobie zatrudnię taką au pair do pomocy. Żeby mieć chociaż chwilę wytchnienia. 

Tyle smęcenia, teraz trochę plusów. Nauczyłam się trochę francuskiego, oczywiście nie na tyle, żeby prowadzić inteligentne rozmowy na temat filozofii. Co ja piszę? Ja nadal mam blokadę językową jeśli chodzi o mówienie po francusku i co z takim czymś zrobić, no co?
Poznałam fajne osoby, kiedy byłam w Luksemburgu i nadal utrzymuję z nimi kontakt. 

Przeżywam odwrotny szok kulturowy. Ale o tym napiszę może w następnej notce.

poniedziałek, 9 listopada 2015

(nie)Winne wakacje

Nadganiam notki powoli, bo wiem, że niewiele czasu mi już zostało w Luksemburgu. Jeszcze tylko dokładnie miesiąc i moja przygoda z aupairowaniem skończy się na zawsze. Serio. Rok w Luksemburgu plus wcześniejsze 6 tygodni we Francji jest dla mnie wystarczający jak na zajmowanie się dzieciakami. EDIT: Już jestem w Polsce, a tego posta miałam w wersji roboczej. Powoli wychodzę ze stanu chronicznej prokrastynacji, więc pomyślałam, że zacznę od zaktualizowania mojego bloga.

Colmar
Alzacja oraz niemiecka część doliny Mozeli były naszymi wakacyjnymi destynacjami tego lata. Zacznę od Alzacji. Takie podstawowe info, Alzacja to region rozpięty pomiedzy Francją a Niemcami. Oczywiście obydwa te regiony są słynne z produkcji wina. Zwiedziłam dwa miasta w Alzacji. W Colmar mieszkaliśmy, jest to bardzo ładne miasteczko. Jest tam pełno małych knajpek, restauracji i barów. Na uwagę zasługuje tzw. Mała Wenecja, czyli dzielnica miasta poprzecinana kanałami. Przypominało mi to trochę klimatem Brugię w Belgii, brakowało tylko łabędzi. Wszędzie pływające łódki z turystami i jak już wcześniej wspomniałam knajpki z ogródkami piwnymi (a może winnymi?) pełnymi turystów. Muszę jeszcze wspomnieć, że kiedy wjeżdżaliśmy do Colmaru, widzieliśmy miniaturową Statuę Wolności. Okazało się, że Colmar był miejscem narodzin francuskiego rzeźbiarza Auguste Bartholdiego, autora oryginalnej Statui. 

Mała Wenecja w Colmar
Korzystając z wolnego dnia, wybrałam się do Strasbourga pociągiem. Tam też całkiem sporo kanałów i łodzi oraz turystów. Ale na co ja narzekam? Przecież sama byłam jedną z nich. Wizyta w Strasbourgu była też okazją do spotkania się z moim tzw. penpalem. W końcu po około sześciu latach internetowej przyjaźni miałam możliwość spotkać tą osobę na żywo. Czy się bałam? Oczywiście, że się bałam, nigdy nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie i takie tam. Ale postanowiłam podjąć to ryzyko i się z nim spotkać. I nie zawiodłam się, i nic mi się nie złego nie stało. Spędziliśmy czas na zwiedzaniu centrum Strasbourga, wizycie w Macu, kupowaniu pamiątek, rozmowach i próbach nauczenia mnie dialektu alzackiego.

Strasbourg

Strasbourg
Po powroocie do Luksemburga mieliśmy 4 dni na odpoczynek, a potem wybraliśmy się na krótkie wakacje do Niemiec, a dokładnie do Bernkastel-Kues, gdzie spędzaliśmy czas w pięknym domu, a także w historycznym centrum miasteczka. Zapomniałam dodać, że wino tam produkują. Dużo znaczy się wina. A co za tym idzie, główny krajobraz to winnice. Mieliśmy świetny widok z okien na wzgórza porośnięte winoroślami. 

Bernkastel i wzgórza z winnicami

Mozela i winnice


czwartek, 20 sierpnia 2015

Jak się nie nudzić?

Dzisiaj notka o tym, jak nie zwariować i się nie nudzić podczas programu au pair. Przedstawię pokrótce różne opcje, jakie mają au pairki w nowym mieście, a także kiedy podróżują gdzieś indziej. 

Zacznę może od tego, że po jakimś czasie, całe to au pairowanie zaczyna być nudne. I piszę to z punktu widzenia dziewczyny, która zdecydowała się na roczny pobyt za granicą. Luksemburg jest pięknym małym państwem, ale niestety po jakimś czasie zaczyna się nudzić. Szczególnie w zimie. Nic, ale to kompletnie nic tu się wtedy nie dzieje. W zimowe niedziele miasto wygląda jak wymarłe, wszystkie sklepy, kawiarnie i bary są pozamykane, to i ludzie się nie plątają po centrum tylko siedzą w domach. Teraz jest lato, i widać to też po mieście, które z jego nadejściem nagle odżyło. Praktycznie całe lato w mieście jest już zaplanowane, z tego co widziałam, zawsze jest coś ciekawego w centrum miasta.

Ale wróćmy do głównego wątku, bo jak zwykle zjechałam trochę z tematu.
Jesteś au pair i przyjechałaś niedawno do twojego nowego miasta? Nie masz jeszcze znajomych? Nie ogarniasz miasta? A może jesteś starą wyjadaczką i planujesz gdzie spędzisz twoje kolejne dni wolne? Tak? W takim razie mam parę porad, oczywiście sprawdzonych na własnej skórze. 

  • Po pierwsze primo: Facebook! Na fejsie możesz znaleźć mnóstwo grup dla au pair z poszczególnych miast. Zazwyczaj pojawiają się tam posty o jakichś wydarzeniach lub propozycje wyjścia na kawę, do klubu itp. z innymi au pairkami. Warto także samej takiego posta sklecić i wstawić na grupę! 
  • Po drugie primo: Być może twoja rodzina goszcząca ma znajomych w twoim wieku, lub zna rodzinę, która także ma au pair. Zawsze warto spróbować!
  • Po trzecie primo: meetup.com Świetny sposób żeby poznać nowych ludzi! Strona skupia głównie obcokrajowców jak i lokalnych mieszkańców. Działa w różnych państwach, więc gdziekolwiek jesteś, możesz poznać nowych ludzi. Idea jest prosta: dołączasz do grupy, która odpowiada twoim zainteresowaniom, a potem wyświetlaja ci się wydarzenia proponowane przez członków grupy. Możesz sobie dołączyć do danego wydarzenia, albo po prostu stworzyć nowe i czekać, aż ktoś dołączy. Na przykład masz ochotę pójść do kina, ale samej jakoś tak dziwnie? Wstawiasz swoją propozycję na meetupie i czekasz, aż ktoś dołączy. Potem uzgadniacie między sobą szczegóły i jazda do kina! 
  • Po czwarte: couchsurfing.com - troszkę jak meetup.com, ale idea jest inna. Już tłumaczę. Couchsurfing służy głównie do znajdywania ludzi, którzy moga nas przenocować w danym mieście. I to niekoniecznie w luksusowych warunkach. Dla większości couchsurferów wystarczy kanapa (couch) lub miejsce na podłodze. I to za darmo, to znaczy nie płacisz za pobyt pieniędzmi, ale swoim doświadczeniem, towarzystwem, wymianą ciekawych historii z podróży. Pewnie teraz zastanawiacie się czy to jest bezpieczne. Couchsurfing ma system referencji, czyli opinii o danym użytkowniku. Spędziłaś parę dni u jednego hosta? Wystaw mu referencję. Pozytywną, negatywną lub neutralną. Przy poszukiwaniu odpowiedniego hosta, zwróć uwagę na referencje. Im więcej pozytywnych, tym lepiej. Ja z racji tego, że zazwyczaj podróżuję samotnie, nie zdecydowałam się jeszcze na nocleg poprzez Couchsurfing, ale używam tej strony do czegoś innego. Do czego? Do poznawania nowych ludzi, kiedy jestem w obcym dla siebie mieście. Po prostu zazwyczaj szukam strony danej miejscowości, piszę posta na temat tego, że będę w takim terminie w tym mieście i czy nie ma kogoś, kto chciałby się spotkać, pokazać miasto, wyjść na kawę, lub na coś do jedzenia. Zazwyczaj odzew jest spory, zależy to też od miejscowości. W Barcelonie bardzo dużo osób mi odpisało, a na przykład w małym niemieckim Berkastel nikt. I tak oto przez Couchsurfing poznałam dwie au pairki, z którmi zwiedzałam Barcelonę (Słowenkę i Włoszkę), hiszpańskiego fryzjera, u którego ścięłam sobie włosy, chłopaka z Liechtensteinu, który spędzał czas w Barcelonie po swojej 2-letniej podróży dookoła świata. Z kolei kiedy byłam w Brukseli, poznałam Włocha, który pokazał mi centrum miasta, a nawet zobaczyłam nocną panoramę Brukseli z dachu wieżowca. Wyobraźcie sobie, ile osób, tyle różnych historii do wysłuchania, i to jest świetne!

sobota, 8 sierpnia 2015

Zwiedzanie Londynu

Siedzę sobie właśnie w moim pokoju, korzystając z dnia wolnego na odpoczynek, zajadając jogurt grecki z granatem, borówkami i truskawkami. No i mnie naszło, żeby zaktualizować trochę mojego bloga. W poprzednim poście obiecałam, że opiszę moje wizty w Londynie. Pewnie i tak skończy się na tym, że wstawię więcej zdjęć niż tekstu, ale jakoś ostatnio wolę obrazki. I ręce bolą od klepania w klawiaturę. Aż się zastanawiam, jak ja napisałam dwa licencjaty?! Ale przejdźmy do rzeczy.


The Shard
Bo ja kocham lawendę!

















Moja pierwsza wycieczka do Londynu miała miejsce w czerwcu, kiedy to transportowałam młodą Zośkę do dziadka (na temat moich problemów na lotnisku, przeczytasz tutaj). Jak już wcześniej napisałam, dziadek przejął się rolą przewodnika bardzo. Mieszkaliśmy aż w 6 strefie, więc trochę zajęło zanim dojechaliśmy do centralnego Londynu. Pierwszym punktem wycieczki była Tower London oraz Tower Bridge. Widziałam The Shard, czyli całkiem fajny biurowiec, który wygląda jak odłamek szkła, i dlatego też ma taką nazwę (shard - odłamek). Kolejka do Tower of London niemiłosiernie długa, więc nie wybrałam się do środka, bo szkoda mojego cennego czasu. Następnym razem może się tam wybiorę.

Tower Bridge

Tower of London i kolejka...
Następnym punktem na planie zwiedzania wymyślonym przez dziadka był rejs po Tamizie. Wyruszyliśmy właśnie spod Tower of London i popłynęliśmy aż do London Eye, gdzie zeszliśmy na brzeg i udaliśmy się po bilety na ten gigantyczny diabelski młyn. 
Widok z łodzi

St. Paul's w oddali

Parlament oraz Big Ben
A wiecie, że Big Ben to tak naprawdę nazwa dzwonu, który znajduje się na tej wieży, a nie nazwa samej wieży? Człowiek uczy się całe życie, sama tego nie wiedziałam!

Widok z London Eye
A potem podeszliśmy sobie pod Parlament, zobaczyliśmy Big Bena, Katedrę Westminsterską
i dotarliśmy na Trafalgar Square. Tam szybko poszliśmy do National Gallery zobaczyć słynne Słoneczniki i przy okazji byliśmy na lunchu w kawiarni.

Trafalgar Square razem z National Gallery
Następnego dnia, kiedy miałam czas na samodzielne zwiedzanie, wybrałam się tam jeszcze raz, a dodatkowo pojechałam do British Museum. Czyli do 'muzeum garnków', jak nazywa je mój znajomy Anglik. I rzeczywiście, garnków od zatrzęsienia! Greckie, chińskie, i nie wiadomno jeszcze jakie. Ja zazwyczaj lubię chodzić po muzeach. I mówi to osoba, która spędziła 4, słownie cztery godziny w Luwrze! Ale już nauczyłam się, że nie ma po co marnować czasu, na chodzenie po całym muzeum, ponieważ i tak nie da się tego zobaczyć w ciągu jednej wizyty, tylko trzeba szybko na mapie znaleźć interesujące mnie rzeczy i do dzieła!

Wróciłam dwa dni temu z wakacji we Francji, więc to też jest do opisania. Listę jakąś muszę sobie zrobić z tematami na przyszłe notki. Chyba.

sobota, 25 lipca 2015

Problemy/sytuacje w Londynie

Pora na kolejną dawkę moich przygód. Piszę dopiero teraz, bo naprawdę ostatnio nie miałam ani czasu ani weny do napisania czegokolwiek. Od ostatniej notki, którą tu popełniłam, minęło trochę czasu. I w tym czasie udało mi się dwa razy zaliczyć Londyn. 
Za pierwszym razem leciałam dzień po moich urodzinach, razem z małą Zośką do jej dziadka. Z racji tego, że wyjazd był okołourodzinowy, dostałam bilety w prezencie od mojej host rodziny. Fajnie, nie? Ogólnie to wyjazd ten uważam za wyjątkowo udany, chociaż nie obyło się bez różnych dziwnych sytuacji, na które działam jak magnes. 

Sytuacja nr 1
Po pierwsze, lecąc z młodą do Londynu, miałam pozwolenie od matki razem kserokopią jej paszportu. Dodatkowo matka wypełniła jakiś druczek na lotnisku w Luksemburgu. Na stanowisku gdzie robiłyśmy check-in, miły pan oglądnął pozwolenie, wziął wypełniony druczek razem z pozwoleniem i powiedział, że wszystko jest w porządku i możemy iść dalej. Ale pozwolenia już nie oddał, a ja sierota, nie zczaiłam, że będzie mi jeszcze potrzebne w Londynie. Tak więc będąc w stanie błogiej nieświadomości, wylądowałyśmy w Londynie, a tu się okazuje, że musimy jeszcze przez kontrolę paszportową przejść. Podaję urzędnikowi mój dowód osobisty oraz paszport młodej (brytyjski oczywiście). I oto jak mniej więcej przebiega moja rozmowa z panem urzędnikiem:
U: Czy to Twoje dziecko?
B: Eee nie, nie moje.
W tym momencie urzędnik robi wielkie oczy i pyta:
U: To kim Ty dla niej jesteś?
B: Jestem nianią.
U: Gdzie masz pozwolenie od rodziców?
B: No pozwolenia nie mam, bo zabrali mi na lotnisku w Luksemburgu i powiedzieli, że wszystko jest w porządku i że mogę iść dalej. 
U: No ale musisz mieć pozwolenie od rodziców, inaczej was nie wpuścimy.
I ja tutaj dalej tłumaczę, że sorry ale nie mam tego pozwolenia. Mój angielski z tego całego stresu wypadł bardzo słabo, chociaż nigdy nie mam problemu z wysłowieniem się.
U: A numer telefonu do rodziców masz?
No to podaję numer telefonu, a nawet dwa, obydwa do matki. I pan urzędnik dzwoni, na jeden, potem na drugi, żaden nie odpowiada. Ja myślę sobie w tym momencie 'no to jestem w czarnej d***e'.
U: A w jakim celu tu przyleciałyście?
B: Do dziadka młodej.
U: Czeka na was na lotnisku?
B: No miał czekać, pewnie już tu jest i się martwi.
U: No to podaj numer do niego.
I w tym momencie mała dygresja. Numer telefonu do dziadka dostałam od matki zaraz przed odwiezeniem nas na lotnisko, czyli szczęście w nieszczęściu! 
Urzędnik dzwoni do dziadka, dziadek odebrał telefon (huraaa!). Pyta się dziadka o imię i nazwisko, czy czeka na kogoś na lotnisku, jak tak to na kogo. A potem mała pogadanka o tym, że następnym razem koniecznie musimy mieć pozwolenie od rodziców. I na tym się skończyło, puścił nas dalej, gdzie czekał na nas już dziadek.

Sytuacja nr 2

Siedzę sobie przy jednej z fontann na Trafalgar Square, zadowolona po zakupach, czekam sobie na znajomych. Siedzę akurat w takim miejscu, gdzie obok mnie nie ma nikogo po żadnej ze stron. Nagle obsiada mnie chmara uczniów, prawdopodobnie licealistów lub gimnazjalistów sądząc po strzelaniu sobie grupowych selfie. Także siedzę sobie dokładnie w środku grupy wycieczkowej z Polski. Z moją torbą z Primarka obok, z telefonem w ręku być może wyglądam jak taka licealistka (ho ho, wiem, słodzę sobie w tym momencie). I nagle podchodzi do mnie jeden z opiekunów i po polsku wypala do mnie: 'Gdzie byłaś? Co kupiłaś?' Na mojej twarzy maluje się szok i niedowierzanie, już otwieram usta, żeby powiedzieć coś po polsku, ale opiekun nagle zdaje sobie sprawę ze swojego błędu i zaczyna przepraszać mnie po angielsku, że myślał że jestem z jego grupy. W końcu nie mówię nic do niego po polsku, tylko angielskie 'It's ok'.  

Sytucja nr 3

Z racji tego, że dzień przed naszym przylotem były moje urodziny, dziadek upiekł dla mnie tort! I dostałam prezenty! I zaśpiewali mi 'Happy Birthday'! Nie mogę do tej pory wyjść z podziwu dlaczego ludzie są tacy mili dla mnie. To chyba były moje najlepsze urodziny w życiu, no bo w końcu 25 lat obchodzi się tylko raz, no nie? Dziadek chyba mnie lubi, bo zabrał mnie i młodą na wycieczkę po Londynie, bo się przejął bardzo rolą przewodnika. To nic, że ja wolałam odkrywać Londyn po swojemu, we własnym tempie, głupio było odmówić. 

 W następnej notce napiszę bardziej pod kątem turystycznym, co widziałam i co robiłam w Londynie, w trakcie moich dwóch wizyt, a każda z nich była inna!

sobota, 30 maja 2015

Hola Barcelona!

Znowu mnie wywiało. Tym razem w cieplejsze rejony Europy. Odkąd pamiętam, zawsze marzyłam o tym, żeby odwiedzić Barcelonę, i w końcu udało mi się to marzenie spełnić. 


Moje stopy postawiłam na hiszpańskiej ziemi w poniedziałek, 25 maja o 11 rano. Miałam za sobą w tym momencie 3-godzinną podróż autobusem na lotnisko Charleroi, 2 godziny czekania na lotnisku, a potem 1,5 godziny lotu. Prawie 7 godzin w podróży, ale cóż, opłacało się! Muszę w tym momencie trochę ponarzekać, bo w trakcie lotu tak mi zatkało uszy, że ledwie słyszałam co mówię i co mówi do mnie pani z informacji turystycznej, kiedy poszłam tam, żeby dostać mapę Barcelony i metra. Chciałam jeszcze kupić bilet T10, bo taki najbardziej się opłaca, ale dowiedziałam się, że muszę iść na stację kolejową i kupić go w automacie. Droga z terminalu T2 na stację zajęła mi jakieś 10 minut, musiałam przejść przez taką długą kładkę przewieszoną nad ulicą, i w końcu byłam na stacji! Kupiłam bilet, z małą pomocą pewnego starszego Hiszpana, bo ja jako wiecznie nieogarnięta sierota, nie ogarniałam, gdzie tu włożyć banknoty. Pan mi pokazał gdzie, a ja powiedziałam: Gracias!

Lądujemy!
Dotarcie do centrum zajęło mi jakieś 40 minut chyba, już nie pamiętam zresztą. Zostawiłam mój bagaż w przechowalni bagażu, bo mogłam się zameldować dopiero około 18, a nie chciałam włóczyć się po mieście z moim bagażem, który jak na bagaż podręczny, trochę ważył. Następnie poszłam spotkać się z dziewczyną poznaną przez Couchsurfing, też au pair jak ja. Miałyśmy iść na tzw. free walking tour po starym mieście, organizowany przez (chyba) organizację studencką. W każdym bądź razie, idea tego jest taka, że wycieczka jest darmowa, a pod koniec, jesli Ci się podobało, dajesz tyle kasy ile uważasz za stosowne. Nasza grupa trafiła na świetną przewodniczkę, która opowiadała wszystko z humorem, a i wiedziała mnóstwo ciekawostek na temat Barcelony. Zobaczyłam dzielnicę gotycką oraz żydowską, widziałam najbrzydszy budynek w Barcelonie, dowiedziałam się o dziwnych zwyczajach w Katalonii. Wycieczkę uważam za wyjątkowo udaną - kiedy przyjechałam do Barcelony, nie miałam pojęcia o jej historii, a na tej wycieczce wiedzę miałam podaną w przystępnej i interesującej formie. W trakcie 20-minutowej przerwy, razem z moją nową koleżanką ze Słowenii, wypiłam moją pierwszą sangrię, i pełne energii mogłyśmy zwiedzać dalej.


Sangria



 Wieczorem spotkałyśmy się z jeszcze jedną au pair, tym razem z Włoch, i wszystkie trzy pojechałyśmy pod Sagrada Familia. Nie wiem, czy to tylko ja odniosłam takie wrażenie, ale ten kościół jest bardziej imponujący na pocztówkach.
W rzeczywistości świątynia otoczona jest żurawiami, ponieważ jest cały czas budowana. Podobno mają ją skończyć w 2026 roku. Widać różnicę między elementami wzniesionymi jeszcze za czasów Gaudiego, a tymi wzniesionymi współcześnie. Wieże sprawiają takie trochę cukierkowe wrażenie, bo na ich czubkach są tego typu ozdoby. Przepraszam za jakość tych paru zdjęć, ale niestety w tym czasie miałam ze sobą tylko telefon, bo aparat zostawiłam w pokoju. Zdjęcia lepszej jakości w dalszej części notki!
Sagrada Familia

Drugiego dnia ponownie spotkałam się z moimi nowymi koleżankami au pairkami, i poszłyśmy na spacer na La Rambla. Znalazłyśmy słynny targ La Boqueria, na którym można było dostać oczopląsu od tylu kolorów i mnóstwa jedzenia! Zresztą zobaczcie sami: 

Raj dla podniebienia!

Tyle pyszności!

Będąc na tym targu, skorzystałyśmy z rady naszej przewodniczki z dnia poprzedniego i kupiłyśmy sobie po jednym smoothie. I tutaj ta rada brzmiała mniej więcej w ten sposób: nie kupujcie smoothies zaraz na samym początku targu, bo kosztują 2 euro, tylko idźcie trochę w głąb targu, a znajdziecie to samo za 1 euro! Sprawdzone info!
Zanim spotkałam się z koleżankami, poszłam spotkać się z jednym couchsurferem, który ma swój salon fryzjerski. Oczywiście wyszłam stamtąd z nową fryzurą, czego absolutnie wcześniej nie planowałam!


Trzeci dzień, z racji tego, że jedna z moich kompanek wyjechała, a druga pracowała, poświęciłam na włóczenie się po uliczkach Barcelony. 

Ten budynek z literką W to hotel, który kosztował 260 milionów dolarów!
Uwaga, uwaga! Ciekawostka: Przed Igrzyskami Olimpijskimi w 1992 roku, Barcelona nie miała ładnych plaż i miała wysoki odsetek przestępczości. Ojciec mojej przewodniczki był tutaj w latach 70-tych i został dźgnięty nożem na La Rambla! W każdym bądź razie, na Igrzyska Olimpijskie Barcelona uporała się z przestępcami. Co więcej, została wsparta przez inne kraje w przgotowaniach do Olimpiady. W ten sposób palmy, które rosną na nabrzeżu zostały przywiezione z Florydy, a piasek, który obecnie tworzy piękne plaże został przetransportowany z Egiptu!

W tle wzgórze Montjuic

Najbrzydszy budynek w Barcelonie!

Casa Batllo
Fonatnna niedaleko Plaza Espanya

Mieszkałam w tej okolicy, w jednej z bocznych uliczek z prawej strony ;)
Wydaje mi się, że 3 dni to zdecydowanie za mało czasu na zwiedzenie tego miasta i na pewno jeszcze kiedyś tam wrócę!