środa, 17 grudnia 2014

Weekend w Belgii cz. 2. - Brugia

Tak jak napisalam poprzednim razem, ta notka bedzie o Brugii, gdyz w tym miescie spedzilam kolejny dzien mojego weekendu w Brukseli.

Wiele osob pewnie teraz powie, ze pojechalam tam tylko i wylacznie dzieki filmowi 'In Bruges', lub jak kto woli 'Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj'. Otoz nie. Niestety nie widzialam jeszcze tego filmu, ale po tym co zobaczylam w Brugii, wstawilam go na pierwsze miejsce listy filmow do obejrzenia w najblizszej przyszlosci.

Pogoda mnie nie rozpieszczala podczas mojej wycieczki. Gdzie to slonce, ktore bylo dzien wczesniej w Brukseli? Podczas jazdy pociagiem wszystko, co widzialam za oknem, bylo pokryte mleczna mgla. Ta mgla nadala jednak Brugii bardzo tajemniczy klimat, co zreszta mozna zobaczyc na zdjeciach ponizej.









Podobno Wenecja Polnocy...

sobota, 6 grudnia 2014

Weekend w Belgii cz.1.

Postanowilam podazyc sladami naszego bylego juz Pana Premiera, i tak oto pojawilam sie w Brukseli. Szczerze mowiac, mieszkajac w Luksemburgu mam na wyciagniecie reki calkiem fajne i warte zobaczenia miasta w przylegajacych do Luksemburga panstwach, wiec czemu nie skorzystac z takiej okazji? Miesiac temu byl to Paryz, a teraz postawilam na Bruksele i nie tylko. Dlaczego nie tylko? O tym za chwile...

Wyhaczylam promocyjny przejazd z Luksa do Brukseli za jedyne 2 euro tam i z powrotem (plus 0,5 euro oplaty rezerwacyjnej) na stronie internetowej przewoznika autokarowego Megbus. Dojazd na miejsce zajal mi 3 godziny. Najlepsze w tym wszystkim bylo to, ze autobusem oprocz mnie podrozowala jeszcze jedna dziewczyna (no i oczywiscie kierowca). Udalo mi sie usiasc na samej gorze z przodu autokaru, takze mialam przed soba szybe panoramiczna, a co za tym idzie piekne widoki na trasie. Podroz minela szybko i przyjemnie. Kierowca zatrzymal sie na dworcu centralnym w Bukseli i potem radz sobie sama Basiu!

Znalazlam metro, ktore bylo doslownie pod dworcem i w okienku kupilam karte MOBIB na 10 przejazdow. Karta wyglada jak karta platnicza, ma nawet chip!

Z racji tego, ze jak juz wszyscy wiedza jestem sierota jesli chodzi o poruszanie sie jakimkolwiek transportem publicznym (ten w Paryzu stanowil wyjatek, jakies inne bilety tam byly), nie ogarnelam jak powinnam uzyc tej karty przed wejsciem na stacje metra. byly tam dwa rozne czytniki kart, a ja, sierota z powolania, wpychalam na sile karte do tego niewlasciwego, jak potem wydedukowalam. Dlatego tez postanowilam, ze do miejsca, w ktorym mam spac dotre pieszo. Wynajelam pokoj przez strone airbnb, w prywatnym mieszkaniu u milej pani. Kiedy w koncu dotarlam i odebralam klucz do mieskzania od sasiadki (wlascicielka wybrala sie na weekend poza miasto), okazalo sie, ze mieszkanie znajduje sie w kamienicy, a moj pokoj na drugim pietrze. Na samym poczatku powitala mnie tabliczka z napisem zebym czula sie jak u siebie w domu. Na biurku w pokoju zastalam mapy Bruskeli i mnostwo wydrukowanych mapek z zaznaczonymi atrakcjami, restauracjami, ogolnie miejscami polecanymi przez tubylcow. I to bylo dokladnie to, co mi bylo potrzebne!

Z mieszkania poszlam sobie troche pozwiedzac, i dodatkowo mialam spotkac sie z pewnym Couchsurferem, ktory zaoferowal mi pomoc w oprowadzeniu po miescie. L. spisal sie w roli przewodnika swietnie, pomimo faktu, ze mieszka w Brukseli od trzech miesiecy. Kiedy czekalam na niego na Grand Place, mialam okazje zobaczyc przepiekny spektakl typu swiatlo i dzwiek. Budynki dookola placu byly podswietlane na rozne kolory w rytm muzyki, wygladalo to cudownie. Na poczatku zwiedzilismy uliczki wokol Grand Place, a potem udalo mi sie zobaczyc Manneken Pis. Jest to po prostu Sikajacy Chlopiec i jest on jednym z symboli Brukseli. Ale uwaga, uwaga! Jest on jedna z najbardziej rozczarowujacych rzezb, bo jest taki maly i latwo mozna go przeoczyc. Wciscnieta w kat fontanna okupowana jest przez grupke azjatyckich turystyow strzelajacych sobie z nia selfie. Gdyby nie ten tlum przed Sikajacym Chlopcem, mozna by bylo latwo go przeoczyc. W Brukseli podobno jest jeszcze Jeanneke Pis, czyli Sikajaca Dziewczynka i podobno jest tez Zinneke Pis, czyli Sikajacy Pies. Udalo mi sie znalezc ich wszystkich!

Manneken Pis


Zobaczylam takze Bruksele noca z parkingu na dachu wiezowca, dzieki nietypowemu podejsciu do oprowadzania po miescie mojego przewodnika. Sprobowalam tez piwa belgijskiego, calkiem dobre jak na piwo :)


Tin Tin

Zinneke Pis

W nastepnej dodam relacje z Brugii :)

poniedziałek, 3 listopada 2014

C'est la vie... à Paris!

Korzystajac z mojego pierwszego wolnego weekendu, wybralam sie do Paryza aby odwiedzic kolezanke. Jako srodek transportu wybralam superszybki TGV. Ze wzgledu na wysokie ceny biletow musialam troche pokombinowac i mialam jedna przesiadke w Metz. Co najwazniejsze, spelnilam moje marzenie o jezdzie w pociagu TGV i jestem z tego faktu bardzo zadowolona. Razem z przesiadka cala trasa zajela mi jakies 3 godziny, co jest calkiem dobrym wynikiem.

Pierwsze miejsce do ktorego udalam sie zaraz po moim przyjezdzie do stolicy Francji to wieza Montparnasse. Podrozowalam metrem z Gare l'Est, wiec przez caly czas bylam pod ziemia. Kiedy w koncu wyszlam na powierzchnie i udalam sie na sam szczyt wiezy w niecale 38 sekund (oczywiscie w windzie), przytloczyl mnie ogrom Paryza. To co zobaczylam z tarasu widokowego na Montparnasse nie mialo konca. Niewazne w ktorym kierunku sie patrzylam, miasto zdawalo sie byc jak niekonczaca sie historia.

Neverending Story

Nastepnie wybralam sie pod katedre Notre Dame, gdzie bylo mnostwo ludzi, szczegolnie Azjatow robiacych sobie selfie telefonami na specjalnym statywie trzymanym w rece. Wyniesli oni robienie selfie na zdecydowanie wyzszy poziom. Przeciez zawsze lepiej jest poprosic kogos o pomoc, no nie? Niedaleko Notre Dame znalazlam most caly obwieszony klodkami, ale z pewnoscia nie byl to slynny Pont des Arts, poniewaz mapa powiedziala mi cos innego (albo jestem zupelnie lewa w czytaniu mapy).

Katedra Notre Dame

Sesja zdjeciowa pod Notre Dame


Widzialam wieczorem wieze Eiffela z bliska, jednak na nia nie wjechalam, wystarczyla mi w zupelnosci wizyta na Montparnasse.


Kolejnego dnia udalam sie do Luwru i spedzilam tam az 4 godziny, jednak pomimo tak duzej ilosci poswieconego czasu nie udalo mi sie zobaczyc wszystkiego. Dlaczego? Dlatego, ze Luwr jest ogromny! A poza tym po ok. 2 godzinach zaczely bolec mnie nogi i plecy, wiec potrzebowalam czestych przerw na kanapie. Potem stwierdzilam, ze i tak nie uda mi sie zobaczyc wszystkiego, wiec postawilam na Mona Lise i Wenus z Milo (i tu znowu Azjaci robiacy selfie), a potem ewakuowalam sie z muzeum. Przespacerowalam sie po Polach Elizejskich az pod sam Luk Triumfalny i z powrotem na Plac Concorde. To byl bardzo dlugi spacer. Odwiedzilam takze wzgorze Montmartre i znajdujaca sie na nim bazylike Sacre Coeur.

Szalenstwo przy Mona Lisie

Sacre Coeur

Paryz dostarczyl mi mnostwa wrazen podczas mojej 3-dniowej wizyty. Zaczynajac od artystow malujacych na ulicach oraz muzykow grajacych w metrze i na Sacre Coeur, poprzez cinkciarzy probujacych opchnac kradzione zegarki i telefony, konczac na nocnym zyciu Paryza. Ostatni dzien w Paryzu przyniosl mi niespodziewany skok adrenaliny: z powodu zepsutego automatu biletowego na stacji pod Paryzem, musialam przeskoczyc przez bramki i jechac bez biletu RERem. Na szczescie nie bylam sama i moja kolezanka pomogla mi wydostac sie z dworca (przejsc przez bramki) przy pomocy jej biletu.

Moglabym jeszcze tak pisac i pisac bez konca, bo bardzo ciezko jest opisac miasto, ktore sie nie konczy, ale mysle, ze juz na mnie czas. Do nastepnego razu!


niedziela, 19 października 2014

Przyszla kryska na...

Matyska. Tym Matyskiem jest w tym przypadku moj kochany laptop. Czarny ekran i tyle co mi z laptopa zostalo. Z gory przepraszam za brak polskich znakow, jakkolwiek to nie zabrzmi, nie mam polskiej klawiatury! Obecnie korzystam z komputera udostepnionego mi przez moja host rodzine, a ktory znajduje sie w moim pokoju. Takze jak na razie jest luz. 

A teraz przejde do streszczenia wydarzen z poprzednich kilku dni, albo tygodnia. Jak wiadomo z poprzedniej notki, zaczelam chodzic na kurs francuskiego. Na poziomie B1.2. Bylam juz na dwoch zajeciach w przeciagu tygodnia. I caly czas jestem zszokowana. Zszokowana moja nikla znajomoscia francuskiego i zszokowana tym, ze wszyscy na zajeciach mowia po francusku! Nie powinno mnie to dziwic, w koncu to poziom B1.2. Jak na razie, to siedze sobie cicho jak myszka i slucham co inni maja do powiedzenia. Rozumiem co mowia, to juz jest cos! Rozpietosc wiekowa w grupie jest naprawde ogromna: zaczynajac od ok. 20 lat, konczac na ok. 50. Siedze obok dziewczyny, ktora jest w moim wieku i prawdopodobnie jest Niemka. Co lepsze, rozmawiam z nia tylko po francusku, nie mam pojecia czy mowi po angielsku. Zreszta nie chce sobie ulatwiac zadania. Wracamy zawsze razem na dworzec, wiec troche nam sie udalo porozmawiac, chociaz nie byly to glebokie rozmowy o filozofii, o nie! Na to przyjdzie jeszcze pora! 

Bylam na tym calym szkoleniu dla nauczycieli razem z K. I musze przyznac, ze bylo fajnie. Szkolenie prowadzila Amerykanka, ktora ma dlugoletnie doswiadczenie w prowadzeniu lekcji jezyka angielskiego. Poznalam wiele ciekawych gier i zabaw, ktore moge potem wykorzystac jesli kiedykolwiek zostane nauczycielem angielskiego. 

Razem z S., wloska au pair, wybralam sie na Noc Muzeow, organizowana przez miasto Luksemburg. Za jedyne 8 euro, bo tyle kosztowal bilet, mialam wstep do wszystkich muzeow w miescie. Cala akcja trwala od 18 do 1 w nocy. Pomiedzy muzeami kursowaly darmowe autobusy, mialam nawet okazje przejechac sie czerwonym londynskim double deckerem! Zeby kazdy mogl trafic do poszczegolnych muzeow, na chodnikach zostaly wyrysowane wapnem slady. Widzialam ludzi, ktorzy sie tym zajmowali. Pomykali sobie po miescie z taczkami pelnymi wapna i znaczyli slady od jednego muzeum do nastepnego. Na poczatku myslalam, ze maluja biale znaki na ulicach od nowa, ale kiedy zobaczylam, ze nie zawsze te linie sa idealnie proste, zrozumialam o co chodzi. Ogolnie te linie wygladaly jakby malowal je ktos pod wplywem alkoholu :)

Dzisiaj wybieram sie na wycieczke do Schengen. Bedziemy zwiedzac muzeum europejskie, a potem... festiwal wina! Takze w nastepnej notce na pewno napisze o moich wrazeniach z tej wycieczki! 

Odbior!

środa, 8 października 2014

Parlez vous français?

Oui, oui! Tak mniej więcej wyglądała moja rozmowa mająca na celu przydzielenie mnie do odpowiedniej grupy na zajęciach z języka francuskiego. Oczywiście, porozmawiałam sobie z panią po francusku (czyt. wydusiłam z siebie kilka nieskładnych zdań), na większość jej pytań odpowiadając 'Oui'. Po pierwsze nie powtórzyłam sobie za bardzo tego czego nauczyłam się przez ostatnie trzy lata w szkole w Polsce. Po drugie, przeraziłam się, gdy czekając na moją kolej słyszałam rozmowę innej dziewczyny z tą panią. Dziewczyna mówiła biegle po francusku, a przynajmniej tak mi się tylko wydawało, w każdym razie lepiej ode mnie. Kiedy nadeszła moja kolej, miałam się przedstawić i opowiedzieć coś o sobie. Opowiedziałam kim jestem, skąd wzięłam się w Luksemburgu, jak długo tu jestem, co tutaj robię. Pani zadawała mi pytania pomocnicze, bo czasami gubiłam wątek, albo brakowało mi słów. Na koniec przydzieliła mnie do grupy na poziomie B1.2, co było dla mnie dużym zaskoczeniem biorąc pod uwagę rozmowę, którą odbyłam. Myślałam, że będzie gorzej!


Skoro już mowa o językach, to chciałabym króciutko napisać jak jest z nimi w Luksemburgu. Jak nie każdy wie, językami urzędowymi w Luksemburgu są francuski, niemiecki i uwaga... luksemburski! Tak, Luksemburczycy mają swój własny język. Brzmi on trochę jak zniekształcony niemiecki, dużo więcej jest w nim szumiących dźwięków, zdarzają się słowa pożyczone z francuskiego. Prawdopodobnie znając niemiecki można by było zrozumieć język luksemburski, ale to tylko moje przypuszczenia. Cała edukacja odbywa się w języku luksemburskim, dzieci emigrantów uczą się luksemburskiego, tak żeby potem mogły normalnie funkcjonować w luksemburskiej szkole. Dopiero potem wprowadzany jest bodajże język niemiecki
i francuski jako języki obce. Z tego co czytałam, to właśnie duży nacisk kładzie się na naukę języków, dzieciaki mają więcej godzin języków obcych w ciągu tygodnia, niż na przykład dzieciaki w polskiej szkole. Dzięki takiemu systemowi, społeczeństwo posługuje się minimum trzema językami (trzeba wliczyć do tego także język angielski i inne). 

Poznałam w tym tygodniu koleżankę mojej hostki. K. jest Amerykanką i jest w zbliżonym wieku do mojego (tak naprawdę, nie mam pojęcia ile ma lat!). W tej chwili szkoli się online żeby móc nauczać angielskiego w szkole językowej. Zaproponowała mi, abym udała się z nią na szkolenie dla nauczycieli języków obcych w sobotę. Postanowiłam skorzystać z tej okazji i wziąć udział w szkoleniu. Zobaczę o co w nim chodzi jak już będę na miejscu i zdam pełną relację.

Na razie kończę, dobranoc!

piątek, 3 października 2014

Z wizytą w Clervaux!

W minioną środę korzystając z prawie całego wolnego dnia, wybrałam się razem z au pair z Danii do Clervaux. Ale zaraz, zaraz... Gdzie to jest?!

Z Luksemburga do Clervaux. 
Jest to mała mieścina (jak wszystko w Luksemburgu!) na północy kraju. Dostałyśmy się tam pociągiem ze stolicy za zawrotną cenę 2 euro. Naszym głównym celem było zobaczenie wystawy fotograficznej 'The Family of Man'. Zdjęcia zostały zebrane przez Edwarda Steichena, zostały do niego przesłane przez fotografów z całego świata. W sumie w kolekcji znajduje się ok. 500 czarno-białych zdjęć, których głównym tematem jest człowiek. Głównym założeniem całego projektu było szerzenie pokoju i międzynarodowego zrozumienia w czasach Zimnej Wojny. Można zobaczyć ludzi z różnych stron świata, towarzysząc im we wszsytkich etapach życia, poczynając od narodzin, a kończąc na śmierci. Według mnie te zdjęcia pokazują ludzkość w całej swej okazałości. Polecam!

Zamek w Clervaux
Wracając do tematu wycieczki, razem z R. udało nam się aż trzy razy zgubić drogę do zamku. Tak, wyznaczyłyśmy sobie zamek jako cel. Najpierw poszłyśmy w złą stronę, więc wróciłyśmy się do miejsca, z którego wystartowałyśmy. Potem poszłyśmy w drugą stronę i spotkałyśmy starsze małżeństwo, które udzieliło nam wskazówek jak dotrzeć do zamku (cud, że mówili po angielsku!). Zawróciłyśmy jeszcze raz i poszłyśmy tą samą drogą co wcześniej, aby tam spotkać człowieka, który powiedział nam, że idziemy w kompletnie złym kierunku i wytłumaczył nam łopatologicznie jak tam dotrzeć. Posłuchałyśmy jego wskazówek i w końcu udało nam się znaleźć nie tylko zamek, ale i całe miasteczko!


Dziedziniec

Amerykański czołg na zamku!

Krowy!



wtorek, 30 września 2014

Ah les crocodiles!

Oto tytuł jednej z piosenek, której uczyłyśmy się dzisiaj razem z S. na zajęciach ze śpiewania piosenek po francusku. Miałam wydrukowane teksty piosenek, ale co z tego, jak pani prowadząca bardzo szybko śpiewała piosenki razem z pokazywaniem i nie mogłam się skupić ani na śpiewaniu, ani na pokazywaniu, a co dopiero na czytaniu tekstu z kartki. Zajęcia odbywają się w każdy wtorek w małej bibliotece dla dzieci, w której jest pełno książek w różnych językach. Są nawet książki po polsku! Czyli Brzechwa i inni.

Hitem ostatnich dni jest robienie razem z dziećmi domku z krzeseł nakrytych kocem i bawienie się w nim (czyt. dzika impreza). Jak na razie trwa to już dwa dni, nie mam pojęcia jak długo jeszcze im się to nie znudzi. Kolejnym hitem jest moja cudowna parasolka z Rossmanna. Taka automatyczna, biała w kolorowe groszki. A. ma teraz tak wiele radości, kiedy pozwalam mu bawić się moją parasolką. Niestety, ale czasami zdarza się, że potrafią się o nią pobić, i wtedy muszę wkroczyć do akcji, czego nie lubię. Wolałabym przecież, gdyby bawiły się ładnie ze sobą bez żadnych przepychanej i krzyków. Ale cóż poradzę? Takie są dzieci.

Poszłam dzisiaj do banku, aby otworzyć konto bankowe. I tu zaczęły się schody. Myślałam, że wzorem banków w Polsce, pójdę i będę miała założone konto od ręki, a tu klops. Miły pan bankier powiedział mi, że aby założyć konto, najpierw muszę umówić się na spotkanie z przedstawicielem banku. No dobra, przeżyję to. Pytam się więc szanownego pana bankiera, czy w tym tygodniu mogę mieć już umówione spotkanie, a on na to, że najwcześniejszy termin to następny poniedziałek. Dowiedziałam się, jakie dokumenty muszę przynieść ze sobą, żeby otworzyć konto i na tym skończyła się moja pierwsza wizyta w luksemburskim banku. Zapomniałam dodać, do czego potrzebne mi luksemburskie konto. Chociażby do tego, że gdybym chciała wykupić sobie roczny bilet na autobusy w mieście, to jedyne konto jakie firma autobusowa akceptuje to luksemburskie. Tak ogólnie, jak powiedziała mi host mama, bez konta luksemburskiego nie załatwi się niczego.

Mój kurs francuskiego prawdopodobnie wystartuje za tydzień, jako że jeszcze nie byłam na wywiadzie językowym. Mam go mieć dopiero w następny wtorek.

Napisałabym coś więcej, ale spać mi się chce. Dobranoc.

czwartek, 25 września 2014

Hello Lux!

Dotarłam do Luksemburga w jednym kawałku. Samolot nie spadł na ziemię, nie rozleciał się w powietrzu, a człowiek o arabskich rysach twarzy nie odpalił bomby. To były moje najgorsze obawy towarzyszące mi podczas lotu, ale dawno nie leciałam samolotem, więc miałam prawo do lekkiej paranoi. Wylądowałam w Brukseli a potem jechałam autobusem przez Belgię aż do Luksemburga. Kiedy wysiadłam na przystanku, musiałam chwilę poczekać na hostkę i dzieci, ponieważ zaparkowali samochód kawałek dalej. Dostałam od nich bukiet pomarańczowych róż wybrany przez młodszą dziewczynkę i transparent z napisem: "Witamy w Luksemburgu, Basia", oczywiście napisany po angielsku. Całą drogę na parking pokonałam z starszym chłopcem uczepionym mojej ręki. Mała była taka dumna z siebie, że to ona wybrała dla mnie kolor róż, bo pomarańczowy to jej ulubiony kolor. Powtarzała to przez całą drogę do domu.

Gdy dotarliśmy do domu, to zostałam oprowadzona po wszystkich jego zakamarkach. Potem dzieci miały podwieczorek, a ja w tym czasie piłam kawę. Następnie zagraliśmy w grę planszową, w której można było wylosować kartę z zadaniem do wykonania typu 'policz do pięciu' lub 'podskocz trzy razy'. Kiedy A. wylosował 'przytul przyjaciela' od razu wybrał mnie :D I było tak parę razy, bo zawsze zdarzało mu się wylosować to samo. Potem pomogłam przy kąpieli i kładzeniu dzieci do łóżka. Przeczytałam im bajkę na dobranoc, wyszłyśmy z pokoju i zamknęłyśmy drzwi. Kiedy ojciec dzieci wrócił z pracy, zjedliśmy we trójkę kolację i porozmawialiśmy o dzisiejszym dniu. A potem poszłam się rozpakować i ogarnąć moje rzeczy. I tak minął dzień pierwszy :)

Teraz korzystam z wolnego przedpołudnia i odpoczywam po podróży. Wybieramy się dzisiaj po południu do jakiegoś parku, podobno bardzo fajnego, ze zwierzętami :) Napiszę następną notkę później :)

wtorek, 26 sierpnia 2014

Trochę zdjęć z Lazurowego Wybrzeża ;)




W drodze na wyspę św. Małgorzaty

Widok na Cannes z wyspy św. Małgorzaty

Kamienista plaża na wyspie św. Małgorzaty

Roślinki

A w oddali widać Cannes

Grasse - stolica perfum

Perfumowana mgiełka w Grasse

Ciekawy kwiatek...

Perfumowane bańki mydlane w Grasse

Więcej baniek mydlanych!

niedziela, 24 sierpnia 2014

Koniec części pierwszej!

Jestem już w Polsce, tak dokładniej to od czwartku. Wróciłam wcześniej do Polski, ponieważ moja host rodzina postanowiła wybrać się na Ibizę pod koniec sierpnia na tydzień i wyszło na to, że nie ma sensu żebym została po raz kolejny sama w domu. Dlatego zaproponowali mi wcześniejszy powrót do kraju. Spędziłam we Francji jakieś 6 tygodni, które miło wspominam. Na początku wydawało mi się, że jestem najgorszą au pair jaką mieli w życiu, ponieważ bez przerwy hostka miała jakieś pretensje do mnie, ale potem wytłumaczyła mi, żebym się nią nie przejmowała, bo taki ma już charakter. Na dodatek zdziwiłam się bardzo, kiedy zaproponowali mi, żebym po tych wakacjach została au pair w Londynie gdzie na co dzień mieszkają. Z racji tego, że mam już zobowiązania wobec innej rodziny w Luksemburgu, grzecznie odmówiłam na co oni przez resztę mojego pobytu starali się przekonać mnie, że Luksemburg jest nudny, a z kolei w Londynie na pewno nie będę się nudzić. Niestety nie mogę zostawić na lodzie rodziny z Luksemburga, dlatego też nadal odmawiam rodzinie z Londynu. Stanęło w końcu na tym, że jeśli nie spodoba mi się w Luksemburgu, to zawsze mogę przyjechać do Londynu w ciągu nadchodzącego roku. Ponadto zaproponowali mi już pracę na kolejne wakacje we Francji, a potem pracę w Londynie od września następnego roku. Także nie jest źle! W tym momencie nie jestem w stanie powiedzieć na 100% co będę robiła za rok, ale jeśli nie będę miała innych opcji, to pewnie wybiorę się do Londynu. 

Jak na razie mam dokładnie miesiąc wolnego, ponieważ 24 września wylatuję do Luksemburga. Wcześniej muszę zacząć załatwiać dokumenty potrzebne do zawarcia umowy w Luksemburgu. Czeka mnie jeszcze obrona pracy licencjackiej i będę mogła jechać!

sobota, 2 sierpnia 2014

Sobota w Cannes

Dzisiaj wybrałam się do Cannes, żeby spotkać się z au pair z Hiszpanii poznaną na couchsurfingu. I jak zwykle, nie mogłam się obyć bez kolejnego wypadku. Uprzedzam pytania: Nie, nie doznałam żadnego uszczerbku na zdrowiu fizycznym jak i psychicznym (chociaż o to drugie zaczęłabym się martwić). Ale zacznę od początku! 

Z A. spotkałam się na dworcu kolejowym i potem postanowiłyśmy poczekać na jej nowo poznaną znajomą z Kanady (również couchsurfing). Czekamy sobie w środku, A. ładuje swój telefon, rozmawiamy sobie o naszych host rodzinkach. Nagle podchodzi do nas dwóch młodzieńców i jeden z nich łamaną angielszczyzną pyta się nas, gdzie tu są jakieś zabytki do zobaczenia. A. zrobiła zonka, pyta się mnie, czy wiem coś na ten temat. A ja, z racji tego, że pewnego razu schodziłam chyba całe Cannes wzdłuż i wszerz, powiedziałam, że jak zabytki, to niech sobie idą na stare miasto. Potem nastąpiło tłumaczenie, gdzie mogą dostać mapy miasta (w biurze informacji turystycznej obok Pałacu Festiwalowego). Na to jeden z nich, wyciąga swojego iPada ze swoim zdjęciem na czerwonym dywanie i pyta się, czy to o to mi chodzi. Bingo! 

W końcu sobie poszli, a my poszłyśmy zobaczyć się z Kanadyjką R. Tak się złożyło, że kiedy ją spotkałyśmy i poszłyśmy na poszukiwania McDonaldsa, znalazłyśmy się zaraz za tymi dwoma chłopakami, którzy pytali nas o zabytki. Zauważyli nas i tak sobie poszliśmy wszyscy razem w stronę Pałacu, a potem skręciłyśmy i zostawiłyśmy ich już pod Pałacem. Zjadłyśmy szybko coś małego w Macu i poszłyśmy do sklepu po piwo. Tak, piwo. Odkąd tu przyjechałam nie piłam piwa. A dzisiaj to tylko taką małą puszeczkę wypiłam. Heinekena. Już z tymi piwami poszłyśmy na plażę i chwilę pogadałyśmy. Potem, niestety musiałam zbierać się na autobus powrotny, bo ostatni mam o 21.

I teraz część na którą wszyscy czekają! Wypadek!

Ogólnie to jeśli chodzi o transport publiczny to chyba jestem kompletną sierotą w tej kwestii. Po pierwsze, byłam już w Cannes 3 razy i poprzednie dwa razy, kiedy wracałam do Mougins, czyli mojej wioski, mówiłam kierowcy nazwę miejscowości w moim mniemaniu poprawnie po francusku. Za pierwszym razem dostałam bilet do kompletnie innej miejscowości  ale przynajmniej w tej samej cenie. Za drugim razem to samo, tylko inna miejscowość! I w końcu dzisiaj, chyba udało mi się tę nazwę poprawnie wypowiedzieć, bo dostałam bilet z nazwą taką jak trzeba! Do trzech razy sztuka! 

Ok, ale to nie dowodzi jeszcze jak bardzo jestem na opak z autobusami. Dzisiaj wsiadłam w autobus, kupiłam bilet do mojej wioski. Nauczyłam się już, że żeby wysiąść na danym przystanku trzeba wcisnąć przycisk STOP, a wtedy kierowca się zatrzyma. No to ja niedaleko przed moim przystankiem naciskam ten przycisk, ale nic się nie zaświeciło. Widzę na tabliczce, że następny przystanek, to mój przystanek, to sobie myślę, że kierowca mi się zatrzyma. A gdzież tam! Pojechał dalej! No to nie pozostało mi nic innego jak wysiąść na następnym przystanku. Tym razem nacisnęłam ten przycisk z całej siły i długo, i o dziwo, zaświecił się! Kierowca zatrzymał się na następnym przystanku, który był oddalony o 2,5 km od mojego. Skąd to wiem? Mam Google Maps w telefonie! Jeszcze nigdy mnie nie zawiodły! W każdym razie, wracałam na piechotę jakieś 40 minut zanim dotarłam cała i zdrowa do domu!

środa, 30 lipca 2014

Wypadki chodzą po ludziach...

... a po mnie to już w szczególności, strasznie upodobały sobie moją osobę. Od początku mojego pobytu we Francji zdążyłam zaliczyć kilka mniejszych lub większych 'wypadków'.



1. Weszłam w szklane drzwi i nabiłam guza na czole. Nie, nie chciałam być jak iluzjonistka.



2. Zaatakował mnie krzak, co skutkowało tym, że miałam zadrapane ramię, a teraz piękną bliznę.



3. Skaleczyłam się w rękę, ale to taki mniejszy wypadek.



4. Przy krojeniu papryczki chili niechcący poparzyłam sobie usta. Piekło przez dobre pół godziny!



5. Podczas spaceru do wioski, która jest na wzgórzu, wsiadłam do auta obcego dziadka, ponieważ zaproponował mi, że mnie podwiezie. Wahałam się, ale wsiadłam i na szczęście dziadek okazał się dobrym człowiekiem! A ja mam nauczkę na przyszłość, bo jednak takie rzeczy są stresujące i niebezpieczne. Nigdy więcej!



wtorek, 29 lipca 2014

Cannes i Nicea - trochę zdjęć!

Cannes, port
                                                                       
Cannes, jedna z plaż
                                                                       
Nicea, port
                                                                       
Nicea, widok na starą część miasta
                                                                         

Żeby nie było...

...jestem już we Francji. Tak dokładniej, to od 8 lipca. Ale może od początku. Wymyśliłam sobie, że do Cannes pojadę autobusem. O zgrozo! Przekonałam się, że 30 godzin jazdy tym środkiem transportu jest ponad moje siły. Ale, ale... Ja przecież jeszcze muszę wrócić! Czeka mnie kolejna 30-godzinna podróż, tym razem powrotna, pod koniec sierpnia. Odbiegłam trochę od tematu, przepraszam. Przyjechałam do Cannes, a na miejscu okazało się, że hostka nie może po mnie przyjechać, bo ma gości i wyśle po mnie taksówkę. No to ja sobie czekam i czekam. Czekałam jakieś pół godziny na nabrzeżu, aż taksówka przyjechała. Udało mi się porozmawiać z taksówkarzem po francusku! Pierwszy sukces! Pan Taksówkarz pokazał mi Cannes, te wszystkie hotele, i główną promenadę, a potem dotarliśmy do mojej wioski. Tam zostałam przywitana przez wszystkich domowników, zarówno jak i gości. Poznałam dziewczynki, które na początku były nieco zawstydzone, jednak później się rozkręciły i zaczęły opowiadać mi historię swojego życia, jednocześnie zadając pytania na temat mojego. Dziewczynki uczą się od roku w angielskiej szkole w Londynie, tam też mieszkają, a na wakacje przyjeżdżają na Lazurowe Wybrzeże. Mówią bardzo dobrze po francusku, w końcu to ich język ojczysty, a po angielsku na porównywalnym poziomie. Rok w Londynie zrobił swoje!

Jako że przyjechałam wieczorem i byłam bardzo zmęczona po podróży, od razu się rozpakowałam, wzięłam prysznic i poszłam spać. Następnego dnia rodzinka dała mi cały dzień wolny na odpoczynek i zostawili mnie samą w domu jadąc gdzieś ze swoimi gośćmi. Nie zmarnowałam tego czasu, o nie! Wykorzystałam go na pływanie w basenie i opalanie się :) A następnego dnia, hostka zaczęła wprowadzać mnie w moje obowiązki, ale to temat na następy post. Napiszę też niedługo o moich dotychczasowych wypadkach, bo trochę ich było w przeciągu tych 3 tygodni od kiedy tu jestem.

czwartek, 3 lipca 2014

Here I am!

Witaj świecie!
To mój pierwszy post na tym blogu, więc nie zamierzam się za bardzo rozpisywać! Myślę, że to najwyższy czas, żeby napisać coś o sobie, oraz o przyszłej zawartości tego bloga. Mam nadzieję, że z adresu mojego bloga jesteście w stanie wydedukować, że mam na imię Basia. Mam 24 lata i zaczynam nowy rozdział w moim życiu. Jak dotąd całe życie mieszkałam w Polsce, nie licząc 3-miesięcznego epizodu w Finlandii. Niedługo to się zmieni i spędzę moje wakacje pracując jako au pair na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. A potem... Potem mój wielki plan na następny rok - jadę do Luksemburga, będę tam pracować jako au pair i przykładać się do nauki francuskiego! To są główne powody, dla których założyłam tego bloga - aby pisać o moim życiu w nowym kraju! Mam nadzieję, że się wam to spodoba!