czwartek, 26 listopada 2015

Luksemburg - podsumowanie

Piszę tę notkę z lekkim opóźnieniem. To znaczy, że więcej niż miesiąc temu zakończyłam moją roczną przygodę jako au pair. Przyszedł czas na podsumowanie całego roku spędzonego w Luksemburgu. 


Nie wiem czy też tak ktoś miał, ale kiedy przyjechałam do Luksemburga, jeszcze mi się chciało. Mam na myśli to, że miałam głowę pełną pomysłów na spędzanie czasu z dziećmi. Potem osiągnęłam magiczny próg 6 miesięcy i moja wena sobie gdzieś poszła. Dokąd? Nie mam zielonego pojęcia. Do tej pory jej jeszcze nie znalazłam. Ktoś może wie, co się z nią stało?

Ogólnie rzecz biorąc, miło wspominam cały ostatni rok. Oczywiście, były momenty, kiedy miałam naprawdę dość i ręce samoczynnie mi opadały. Napady złości 5-latka oraz 3-latki, doprowadzające mnie - ich au pair - do granic mojej cierpliwości. Nie miałam pojęcia, jak cierpliwa potrafię być, dopóki nie zostałam au pair. Wszystko wynagradzał mi bezzębny jeszcze uśmiech najmłodszej z całej gromadki, i obserwowanie jej rozwoju oraz bycie jego częścią. I mówię tu o karmieniu różnymi własnoręcznie przygotowanymi papkami, obserwowaniu jak zaczyna podnosić głowę, jak zaczyna sama siadać, potem raczkować, a w końcu wstawać o własnych siłach. Jej pierwsze kroki zobaczyłam przez Skype, bo niestety nie było mnie już wtedy w Luksemburgu. 

Zarazem utwierdziłam się w przekonaniu, że nie mogłabym być już nigdy au pair albo nianią. Jestem pewna, że jeden rok (plus 1,5 miesiąca wcześniej we Francji) wystarczy mi na bardzo długi czas, i nie zdecyduję się już na ponowne opiekowanie się dziećmi. To ponad moje siły. Wiem, dlaczego rodzice zatrudniają au pair lub nianie do opieki nad swoimi dziećmi. Prawda jest taka, że oni są zmęczeni opiekowaniem się własnymi dziećmi. Tak, to prawda. Wydaje mi się, że jeśli kiedykolwiek będę miała dzieci, i jeśli będzie mnie na to stać, też sobie zatrudnię taką au pair do pomocy. Żeby mieć chociaż chwilę wytchnienia. 

Tyle smęcenia, teraz trochę plusów. Nauczyłam się trochę francuskiego, oczywiście nie na tyle, żeby prowadzić inteligentne rozmowy na temat filozofii. Co ja piszę? Ja nadal mam blokadę językową jeśli chodzi o mówienie po francusku i co z takim czymś zrobić, no co?
Poznałam fajne osoby, kiedy byłam w Luksemburgu i nadal utrzymuję z nimi kontakt. 

Przeżywam odwrotny szok kulturowy. Ale o tym napiszę może w następnej notce.

poniedziałek, 9 listopada 2015

(nie)Winne wakacje

Nadganiam notki powoli, bo wiem, że niewiele czasu mi już zostało w Luksemburgu. Jeszcze tylko dokładnie miesiąc i moja przygoda z aupairowaniem skończy się na zawsze. Serio. Rok w Luksemburgu plus wcześniejsze 6 tygodni we Francji jest dla mnie wystarczający jak na zajmowanie się dzieciakami. EDIT: Już jestem w Polsce, a tego posta miałam w wersji roboczej. Powoli wychodzę ze stanu chronicznej prokrastynacji, więc pomyślałam, że zacznę od zaktualizowania mojego bloga.

Colmar
Alzacja oraz niemiecka część doliny Mozeli były naszymi wakacyjnymi destynacjami tego lata. Zacznę od Alzacji. Takie podstawowe info, Alzacja to region rozpięty pomiedzy Francją a Niemcami. Oczywiście obydwa te regiony są słynne z produkcji wina. Zwiedziłam dwa miasta w Alzacji. W Colmar mieszkaliśmy, jest to bardzo ładne miasteczko. Jest tam pełno małych knajpek, restauracji i barów. Na uwagę zasługuje tzw. Mała Wenecja, czyli dzielnica miasta poprzecinana kanałami. Przypominało mi to trochę klimatem Brugię w Belgii, brakowało tylko łabędzi. Wszędzie pływające łódki z turystami i jak już wcześniej wspomniałam knajpki z ogródkami piwnymi (a może winnymi?) pełnymi turystów. Muszę jeszcze wspomnieć, że kiedy wjeżdżaliśmy do Colmaru, widzieliśmy miniaturową Statuę Wolności. Okazało się, że Colmar był miejscem narodzin francuskiego rzeźbiarza Auguste Bartholdiego, autora oryginalnej Statui. 

Mała Wenecja w Colmar
Korzystając z wolnego dnia, wybrałam się do Strasbourga pociągiem. Tam też całkiem sporo kanałów i łodzi oraz turystów. Ale na co ja narzekam? Przecież sama byłam jedną z nich. Wizyta w Strasbourgu była też okazją do spotkania się z moim tzw. penpalem. W końcu po około sześciu latach internetowej przyjaźni miałam możliwość spotkać tą osobę na żywo. Czy się bałam? Oczywiście, że się bałam, nigdy nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie i takie tam. Ale postanowiłam podjąć to ryzyko i się z nim spotkać. I nie zawiodłam się, i nic mi się nie złego nie stało. Spędziliśmy czas na zwiedzaniu centrum Strasbourga, wizycie w Macu, kupowaniu pamiątek, rozmowach i próbach nauczenia mnie dialektu alzackiego.

Strasbourg

Strasbourg
Po powroocie do Luksemburga mieliśmy 4 dni na odpoczynek, a potem wybraliśmy się na krótkie wakacje do Niemiec, a dokładnie do Bernkastel-Kues, gdzie spędzaliśmy czas w pięknym domu, a także w historycznym centrum miasteczka. Zapomniałam dodać, że wino tam produkują. Dużo znaczy się wina. A co za tym idzie, główny krajobraz to winnice. Mieliśmy świetny widok z okien na wzgórza porośnięte winoroślami. 

Bernkastel i wzgórza z winnicami

Mozela i winnice


czwartek, 20 sierpnia 2015

Jak się nie nudzić?

Dzisiaj notka o tym, jak nie zwariować i się nie nudzić podczas programu au pair. Przedstawię pokrótce różne opcje, jakie mają au pairki w nowym mieście, a także kiedy podróżują gdzieś indziej. 

Zacznę może od tego, że po jakimś czasie, całe to au pairowanie zaczyna być nudne. I piszę to z punktu widzenia dziewczyny, która zdecydowała się na roczny pobyt za granicą. Luksemburg jest pięknym małym państwem, ale niestety po jakimś czasie zaczyna się nudzić. Szczególnie w zimie. Nic, ale to kompletnie nic tu się wtedy nie dzieje. W zimowe niedziele miasto wygląda jak wymarłe, wszystkie sklepy, kawiarnie i bary są pozamykane, to i ludzie się nie plątają po centrum tylko siedzą w domach. Teraz jest lato, i widać to też po mieście, które z jego nadejściem nagle odżyło. Praktycznie całe lato w mieście jest już zaplanowane, z tego co widziałam, zawsze jest coś ciekawego w centrum miasta.

Ale wróćmy do głównego wątku, bo jak zwykle zjechałam trochę z tematu.
Jesteś au pair i przyjechałaś niedawno do twojego nowego miasta? Nie masz jeszcze znajomych? Nie ogarniasz miasta? A może jesteś starą wyjadaczką i planujesz gdzie spędzisz twoje kolejne dni wolne? Tak? W takim razie mam parę porad, oczywiście sprawdzonych na własnej skórze. 

  • Po pierwsze primo: Facebook! Na fejsie możesz znaleźć mnóstwo grup dla au pair z poszczególnych miast. Zazwyczaj pojawiają się tam posty o jakichś wydarzeniach lub propozycje wyjścia na kawę, do klubu itp. z innymi au pairkami. Warto także samej takiego posta sklecić i wstawić na grupę! 
  • Po drugie primo: Być może twoja rodzina goszcząca ma znajomych w twoim wieku, lub zna rodzinę, która także ma au pair. Zawsze warto spróbować!
  • Po trzecie primo: meetup.com Świetny sposób żeby poznać nowych ludzi! Strona skupia głównie obcokrajowców jak i lokalnych mieszkańców. Działa w różnych państwach, więc gdziekolwiek jesteś, możesz poznać nowych ludzi. Idea jest prosta: dołączasz do grupy, która odpowiada twoim zainteresowaniom, a potem wyświetlaja ci się wydarzenia proponowane przez członków grupy. Możesz sobie dołączyć do danego wydarzenia, albo po prostu stworzyć nowe i czekać, aż ktoś dołączy. Na przykład masz ochotę pójść do kina, ale samej jakoś tak dziwnie? Wstawiasz swoją propozycję na meetupie i czekasz, aż ktoś dołączy. Potem uzgadniacie między sobą szczegóły i jazda do kina! 
  • Po czwarte: couchsurfing.com - troszkę jak meetup.com, ale idea jest inna. Już tłumaczę. Couchsurfing służy głównie do znajdywania ludzi, którzy moga nas przenocować w danym mieście. I to niekoniecznie w luksusowych warunkach. Dla większości couchsurferów wystarczy kanapa (couch) lub miejsce na podłodze. I to za darmo, to znaczy nie płacisz za pobyt pieniędzmi, ale swoim doświadczeniem, towarzystwem, wymianą ciekawych historii z podróży. Pewnie teraz zastanawiacie się czy to jest bezpieczne. Couchsurfing ma system referencji, czyli opinii o danym użytkowniku. Spędziłaś parę dni u jednego hosta? Wystaw mu referencję. Pozytywną, negatywną lub neutralną. Przy poszukiwaniu odpowiedniego hosta, zwróć uwagę na referencje. Im więcej pozytywnych, tym lepiej. Ja z racji tego, że zazwyczaj podróżuję samotnie, nie zdecydowałam się jeszcze na nocleg poprzez Couchsurfing, ale używam tej strony do czegoś innego. Do czego? Do poznawania nowych ludzi, kiedy jestem w obcym dla siebie mieście. Po prostu zazwyczaj szukam strony danej miejscowości, piszę posta na temat tego, że będę w takim terminie w tym mieście i czy nie ma kogoś, kto chciałby się spotkać, pokazać miasto, wyjść na kawę, lub na coś do jedzenia. Zazwyczaj odzew jest spory, zależy to też od miejscowości. W Barcelonie bardzo dużo osób mi odpisało, a na przykład w małym niemieckim Berkastel nikt. I tak oto przez Couchsurfing poznałam dwie au pairki, z którmi zwiedzałam Barcelonę (Słowenkę i Włoszkę), hiszpańskiego fryzjera, u którego ścięłam sobie włosy, chłopaka z Liechtensteinu, który spędzał czas w Barcelonie po swojej 2-letniej podróży dookoła świata. Z kolei kiedy byłam w Brukseli, poznałam Włocha, który pokazał mi centrum miasta, a nawet zobaczyłam nocną panoramę Brukseli z dachu wieżowca. Wyobraźcie sobie, ile osób, tyle różnych historii do wysłuchania, i to jest świetne!

sobota, 8 sierpnia 2015

Zwiedzanie Londynu

Siedzę sobie właśnie w moim pokoju, korzystając z dnia wolnego na odpoczynek, zajadając jogurt grecki z granatem, borówkami i truskawkami. No i mnie naszło, żeby zaktualizować trochę mojego bloga. W poprzednim poście obiecałam, że opiszę moje wizty w Londynie. Pewnie i tak skończy się na tym, że wstawię więcej zdjęć niż tekstu, ale jakoś ostatnio wolę obrazki. I ręce bolą od klepania w klawiaturę. Aż się zastanawiam, jak ja napisałam dwa licencjaty?! Ale przejdźmy do rzeczy.


The Shard
Bo ja kocham lawendę!

















Moja pierwsza wycieczka do Londynu miała miejsce w czerwcu, kiedy to transportowałam młodą Zośkę do dziadka (na temat moich problemów na lotnisku, przeczytasz tutaj). Jak już wcześniej napisałam, dziadek przejął się rolą przewodnika bardzo. Mieszkaliśmy aż w 6 strefie, więc trochę zajęło zanim dojechaliśmy do centralnego Londynu. Pierwszym punktem wycieczki była Tower London oraz Tower Bridge. Widziałam The Shard, czyli całkiem fajny biurowiec, który wygląda jak odłamek szkła, i dlatego też ma taką nazwę (shard - odłamek). Kolejka do Tower of London niemiłosiernie długa, więc nie wybrałam się do środka, bo szkoda mojego cennego czasu. Następnym razem może się tam wybiorę.

Tower Bridge

Tower of London i kolejka...
Następnym punktem na planie zwiedzania wymyślonym przez dziadka był rejs po Tamizie. Wyruszyliśmy właśnie spod Tower of London i popłynęliśmy aż do London Eye, gdzie zeszliśmy na brzeg i udaliśmy się po bilety na ten gigantyczny diabelski młyn. 
Widok z łodzi

St. Paul's w oddali

Parlament oraz Big Ben
A wiecie, że Big Ben to tak naprawdę nazwa dzwonu, który znajduje się na tej wieży, a nie nazwa samej wieży? Człowiek uczy się całe życie, sama tego nie wiedziałam!

Widok z London Eye
A potem podeszliśmy sobie pod Parlament, zobaczyliśmy Big Bena, Katedrę Westminsterską
i dotarliśmy na Trafalgar Square. Tam szybko poszliśmy do National Gallery zobaczyć słynne Słoneczniki i przy okazji byliśmy na lunchu w kawiarni.

Trafalgar Square razem z National Gallery
Następnego dnia, kiedy miałam czas na samodzielne zwiedzanie, wybrałam się tam jeszcze raz, a dodatkowo pojechałam do British Museum. Czyli do 'muzeum garnków', jak nazywa je mój znajomy Anglik. I rzeczywiście, garnków od zatrzęsienia! Greckie, chińskie, i nie wiadomno jeszcze jakie. Ja zazwyczaj lubię chodzić po muzeach. I mówi to osoba, która spędziła 4, słownie cztery godziny w Luwrze! Ale już nauczyłam się, że nie ma po co marnować czasu, na chodzenie po całym muzeum, ponieważ i tak nie da się tego zobaczyć w ciągu jednej wizyty, tylko trzeba szybko na mapie znaleźć interesujące mnie rzeczy i do dzieła!

Wróciłam dwa dni temu z wakacji we Francji, więc to też jest do opisania. Listę jakąś muszę sobie zrobić z tematami na przyszłe notki. Chyba.

sobota, 25 lipca 2015

Problemy/sytuacje w Londynie

Pora na kolejną dawkę moich przygód. Piszę dopiero teraz, bo naprawdę ostatnio nie miałam ani czasu ani weny do napisania czegokolwiek. Od ostatniej notki, którą tu popełniłam, minęło trochę czasu. I w tym czasie udało mi się dwa razy zaliczyć Londyn. 
Za pierwszym razem leciałam dzień po moich urodzinach, razem z małą Zośką do jej dziadka. Z racji tego, że wyjazd był okołourodzinowy, dostałam bilety w prezencie od mojej host rodziny. Fajnie, nie? Ogólnie to wyjazd ten uważam za wyjątkowo udany, chociaż nie obyło się bez różnych dziwnych sytuacji, na które działam jak magnes. 

Sytuacja nr 1
Po pierwsze, lecąc z młodą do Londynu, miałam pozwolenie od matki razem kserokopią jej paszportu. Dodatkowo matka wypełniła jakiś druczek na lotnisku w Luksemburgu. Na stanowisku gdzie robiłyśmy check-in, miły pan oglądnął pozwolenie, wziął wypełniony druczek razem z pozwoleniem i powiedział, że wszystko jest w porządku i możemy iść dalej. Ale pozwolenia już nie oddał, a ja sierota, nie zczaiłam, że będzie mi jeszcze potrzebne w Londynie. Tak więc będąc w stanie błogiej nieświadomości, wylądowałyśmy w Londynie, a tu się okazuje, że musimy jeszcze przez kontrolę paszportową przejść. Podaję urzędnikowi mój dowód osobisty oraz paszport młodej (brytyjski oczywiście). I oto jak mniej więcej przebiega moja rozmowa z panem urzędnikiem:
U: Czy to Twoje dziecko?
B: Eee nie, nie moje.
W tym momencie urzędnik robi wielkie oczy i pyta:
U: To kim Ty dla niej jesteś?
B: Jestem nianią.
U: Gdzie masz pozwolenie od rodziców?
B: No pozwolenia nie mam, bo zabrali mi na lotnisku w Luksemburgu i powiedzieli, że wszystko jest w porządku i że mogę iść dalej. 
U: No ale musisz mieć pozwolenie od rodziców, inaczej was nie wpuścimy.
I ja tutaj dalej tłumaczę, że sorry ale nie mam tego pozwolenia. Mój angielski z tego całego stresu wypadł bardzo słabo, chociaż nigdy nie mam problemu z wysłowieniem się.
U: A numer telefonu do rodziców masz?
No to podaję numer telefonu, a nawet dwa, obydwa do matki. I pan urzędnik dzwoni, na jeden, potem na drugi, żaden nie odpowiada. Ja myślę sobie w tym momencie 'no to jestem w czarnej d***e'.
U: A w jakim celu tu przyleciałyście?
B: Do dziadka młodej.
U: Czeka na was na lotnisku?
B: No miał czekać, pewnie już tu jest i się martwi.
U: No to podaj numer do niego.
I w tym momencie mała dygresja. Numer telefonu do dziadka dostałam od matki zaraz przed odwiezeniem nas na lotnisko, czyli szczęście w nieszczęściu! 
Urzędnik dzwoni do dziadka, dziadek odebrał telefon (huraaa!). Pyta się dziadka o imię i nazwisko, czy czeka na kogoś na lotnisku, jak tak to na kogo. A potem mała pogadanka o tym, że następnym razem koniecznie musimy mieć pozwolenie od rodziców. I na tym się skończyło, puścił nas dalej, gdzie czekał na nas już dziadek.

Sytuacja nr 2

Siedzę sobie przy jednej z fontann na Trafalgar Square, zadowolona po zakupach, czekam sobie na znajomych. Siedzę akurat w takim miejscu, gdzie obok mnie nie ma nikogo po żadnej ze stron. Nagle obsiada mnie chmara uczniów, prawdopodobnie licealistów lub gimnazjalistów sądząc po strzelaniu sobie grupowych selfie. Także siedzę sobie dokładnie w środku grupy wycieczkowej z Polski. Z moją torbą z Primarka obok, z telefonem w ręku być może wyglądam jak taka licealistka (ho ho, wiem, słodzę sobie w tym momencie). I nagle podchodzi do mnie jeden z opiekunów i po polsku wypala do mnie: 'Gdzie byłaś? Co kupiłaś?' Na mojej twarzy maluje się szok i niedowierzanie, już otwieram usta, żeby powiedzieć coś po polsku, ale opiekun nagle zdaje sobie sprawę ze swojego błędu i zaczyna przepraszać mnie po angielsku, że myślał że jestem z jego grupy. W końcu nie mówię nic do niego po polsku, tylko angielskie 'It's ok'.  

Sytucja nr 3

Z racji tego, że dzień przed naszym przylotem były moje urodziny, dziadek upiekł dla mnie tort! I dostałam prezenty! I zaśpiewali mi 'Happy Birthday'! Nie mogę do tej pory wyjść z podziwu dlaczego ludzie są tacy mili dla mnie. To chyba były moje najlepsze urodziny w życiu, no bo w końcu 25 lat obchodzi się tylko raz, no nie? Dziadek chyba mnie lubi, bo zabrał mnie i młodą na wycieczkę po Londynie, bo się przejął bardzo rolą przewodnika. To nic, że ja wolałam odkrywać Londyn po swojemu, we własnym tempie, głupio było odmówić. 

 W następnej notce napiszę bardziej pod kątem turystycznym, co widziałam i co robiłam w Londynie, w trakcie moich dwóch wizyt, a każda z nich była inna!

sobota, 30 maja 2015

Hola Barcelona!

Znowu mnie wywiało. Tym razem w cieplejsze rejony Europy. Odkąd pamiętam, zawsze marzyłam o tym, żeby odwiedzić Barcelonę, i w końcu udało mi się to marzenie spełnić. 


Moje stopy postawiłam na hiszpańskiej ziemi w poniedziałek, 25 maja o 11 rano. Miałam za sobą w tym momencie 3-godzinną podróż autobusem na lotnisko Charleroi, 2 godziny czekania na lotnisku, a potem 1,5 godziny lotu. Prawie 7 godzin w podróży, ale cóż, opłacało się! Muszę w tym momencie trochę ponarzekać, bo w trakcie lotu tak mi zatkało uszy, że ledwie słyszałam co mówię i co mówi do mnie pani z informacji turystycznej, kiedy poszłam tam, żeby dostać mapę Barcelony i metra. Chciałam jeszcze kupić bilet T10, bo taki najbardziej się opłaca, ale dowiedziałam się, że muszę iść na stację kolejową i kupić go w automacie. Droga z terminalu T2 na stację zajęła mi jakieś 10 minut, musiałam przejść przez taką długą kładkę przewieszoną nad ulicą, i w końcu byłam na stacji! Kupiłam bilet, z małą pomocą pewnego starszego Hiszpana, bo ja jako wiecznie nieogarnięta sierota, nie ogarniałam, gdzie tu włożyć banknoty. Pan mi pokazał gdzie, a ja powiedziałam: Gracias!

Lądujemy!
Dotarcie do centrum zajęło mi jakieś 40 minut chyba, już nie pamiętam zresztą. Zostawiłam mój bagaż w przechowalni bagażu, bo mogłam się zameldować dopiero około 18, a nie chciałam włóczyć się po mieście z moim bagażem, który jak na bagaż podręczny, trochę ważył. Następnie poszłam spotkać się z dziewczyną poznaną przez Couchsurfing, też au pair jak ja. Miałyśmy iść na tzw. free walking tour po starym mieście, organizowany przez (chyba) organizację studencką. W każdym bądź razie, idea tego jest taka, że wycieczka jest darmowa, a pod koniec, jesli Ci się podobało, dajesz tyle kasy ile uważasz za stosowne. Nasza grupa trafiła na świetną przewodniczkę, która opowiadała wszystko z humorem, a i wiedziała mnóstwo ciekawostek na temat Barcelony. Zobaczyłam dzielnicę gotycką oraz żydowską, widziałam najbrzydszy budynek w Barcelonie, dowiedziałam się o dziwnych zwyczajach w Katalonii. Wycieczkę uważam za wyjątkowo udaną - kiedy przyjechałam do Barcelony, nie miałam pojęcia o jej historii, a na tej wycieczce wiedzę miałam podaną w przystępnej i interesującej formie. W trakcie 20-minutowej przerwy, razem z moją nową koleżanką ze Słowenii, wypiłam moją pierwszą sangrię, i pełne energii mogłyśmy zwiedzać dalej.


Sangria



 Wieczorem spotkałyśmy się z jeszcze jedną au pair, tym razem z Włoch, i wszystkie trzy pojechałyśmy pod Sagrada Familia. Nie wiem, czy to tylko ja odniosłam takie wrażenie, ale ten kościół jest bardziej imponujący na pocztówkach.
W rzeczywistości świątynia otoczona jest żurawiami, ponieważ jest cały czas budowana. Podobno mają ją skończyć w 2026 roku. Widać różnicę między elementami wzniesionymi jeszcze za czasów Gaudiego, a tymi wzniesionymi współcześnie. Wieże sprawiają takie trochę cukierkowe wrażenie, bo na ich czubkach są tego typu ozdoby. Przepraszam za jakość tych paru zdjęć, ale niestety w tym czasie miałam ze sobą tylko telefon, bo aparat zostawiłam w pokoju. Zdjęcia lepszej jakości w dalszej części notki!
Sagrada Familia

Drugiego dnia ponownie spotkałam się z moimi nowymi koleżankami au pairkami, i poszłyśmy na spacer na La Rambla. Znalazłyśmy słynny targ La Boqueria, na którym można było dostać oczopląsu od tylu kolorów i mnóstwa jedzenia! Zresztą zobaczcie sami: 

Raj dla podniebienia!

Tyle pyszności!

Będąc na tym targu, skorzystałyśmy z rady naszej przewodniczki z dnia poprzedniego i kupiłyśmy sobie po jednym smoothie. I tutaj ta rada brzmiała mniej więcej w ten sposób: nie kupujcie smoothies zaraz na samym początku targu, bo kosztują 2 euro, tylko idźcie trochę w głąb targu, a znajdziecie to samo za 1 euro! Sprawdzone info!
Zanim spotkałam się z koleżankami, poszłam spotkać się z jednym couchsurferem, który ma swój salon fryzjerski. Oczywiście wyszłam stamtąd z nową fryzurą, czego absolutnie wcześniej nie planowałam!


Trzeci dzień, z racji tego, że jedna z moich kompanek wyjechała, a druga pracowała, poświęciłam na włóczenie się po uliczkach Barcelony. 

Ten budynek z literką W to hotel, który kosztował 260 milionów dolarów!
Uwaga, uwaga! Ciekawostka: Przed Igrzyskami Olimpijskimi w 1992 roku, Barcelona nie miała ładnych plaż i miała wysoki odsetek przestępczości. Ojciec mojej przewodniczki był tutaj w latach 70-tych i został dźgnięty nożem na La Rambla! W każdym bądź razie, na Igrzyska Olimpijskie Barcelona uporała się z przestępcami. Co więcej, została wsparta przez inne kraje w przgotowaniach do Olimpiady. W ten sposób palmy, które rosną na nabrzeżu zostały przywiezione z Florydy, a piasek, który obecnie tworzy piękne plaże został przetransportowany z Egiptu!

W tle wzgórze Montjuic

Najbrzydszy budynek w Barcelonie!

Casa Batllo
Fonatnna niedaleko Plaza Espanya

Mieszkałam w tej okolicy, w jednej z bocznych uliczek z prawej strony ;)
Wydaje mi się, że 3 dni to zdecydowanie za mało czasu na zwiedzenie tego miasta i na pewno jeszcze kiedyś tam wrócę!

środa, 20 maja 2015

Tulipanowe love czyli wiosna w Amsterdamie

Dawno tutaj niczego nie pisałam, a to tylko dlatego, że byłam w rozjazdach ostatnio. Wybrałam się na weekend do Amsterdamu, ponieważ jeszcze tam mnie nie wywyiało. Po Amsterdamie spędziłam jeden dzień w Luksemburgu i pojechałam do Polski na urlop. Urlop jak to urlop, był zdecydowanie za krótki i z chęcią zostałabym w Polsce na dłużej. Ale nie o tym ma być ta notka. W tytule coś o tulipanach jest, no nie?

Cały wyjazd do Amsterdamu był takim trochę spontanem, dowiedziałam się o nim z tygodniowym wyprzedzeniem. Koleżanka dała mi znać czy bym nie chciała się wybrać do Amsterdamu na weekend, jesli oczywiście mam wolny. No i miałam wolny, musiałam tylko przełożyć 2,5 godziny z soboty na piątek i dałam radę wszystko ogarnąć. Do Amsterdamu pojechałyśmy samochodem, zabrało nam to jakieś 4 godziny w jedną stronę. Pojechałyśmy tam tylko na weekend.

Pierwszego dnia od razu zameldowałyśmy się w hostelu, zostawiłyśmy bagaże i ruszyłyśmy szukać przystanku. Chciałyśmy dostać się do ogrodu Keukenhof, słynnego z tulipanów i innych wiosennych kwiatów. Trochę nam zeszło zanim ogarnęłyśmy system transportu publicznego w Amsterdamie. Najpierw kupiłysmy bilety 24-godzinne, a potem poszłyśmy szukać autobusu, który zabierze nas na lotnisko Schiphol, ponieważ stamtąd odbywały się wyjazdy do Keukenhof. W autobusie okazało się, że bilety które kupiłyśmy nie są ważne na ten akurat autobus i byłysmy zmuszone kupić bilet u kierowcy. W każdym bądź razie udało nam się dostać na lotnisko, a stamtąd do Keukenhof. A na miejscu, cuda nad cudami! Tyle kwiatów to ja jeszcze w życiu nie widziałam! A ile tulipanów, narcyzów, hiacyntów i innych takich cebulkowyh wiosennych kwiatków! Można było dostać oczopląsu! Zresztą, zobaczcie sami:




Pole tulipanów, tylko wiatraka brak!


A w samym ogrodzie, ludzi tyle co tulipanów! Na parkingu pełno autobusów z zagrnicznymi rejestracjami, były też polskie oczywiśćie, ale najliczniejszą grupę stanowiły niemieckie. Zjechało się mnóstwo emerytów i rencistów właśnie z Niemiec i oczywiście z Holandii, przy wejściu do ogrodu było tak ciasno, że ledwo można było przejść dalej, Holendrzy dobrze przygotowali się na przyjęcie tylu gości. W niektórych miejscach porozstawiane były budki z hotdogami, frytkami, goframi, a nawet truskawkami z bitą śmietaną!

Po pierwszej części zwiedzania ogrodu udałyśmy się na kwiatową paradę, czy jak to się zwało. Ogólnie to parada jest co roku wiosną, i z tego co czytałam, biedni ludzie maszerują sobie 40 km z Amsterdamu do Haarlemu, na szczęście mają zmienników, Jadą także wielokwiatowe platformy, a na nich cuda wianki (dosłownie!)



I w ten oto sposób minęła nam sobota. Drugiego dnia wybrałyśmy się na zwiedzanie Amsterdamu. Oczywiście korzystałyśmy z komunikacji miejskiej, i tu dobrym pomysłem okazało się kupno biletu 24-godzinnego za niecałe 8 euro. Dlatego mogłyśmy jeździć tramwajami, metrem i autobusami do woli. Udałyśmy się do muzeum figur woskowych Madame Tussauds (nawet nie wiedziałam, że mają takie coś w Amsterdamie). Najpierw musiałyśmy odczekać swoje w kolejce po bilety, bo oczywiście nie jesteśmy przezorne i nie kupiłyśmy biletów przez Internet. Czekanie zajęło nam jakieś 20 minut i potem mogłyśmy się cieszyć atrakcjami muzeum. Zajęło nam to chyba ze 3 godziny! Tyle figur do sfotografowania, zatrzymywałyśmy się praktycznie przy każdej!


 Po muzeum powłóczyłyśmy się trochę po centrum miasta, gdzie udało mi się zrobić parę zdjęć, które można zobaczyć poniżej. Końcowym punktem programu była wizyta w muzeum Van Gogha, a tam kolejka okazała się być ogromna! Ale my zaprawione w boju po muzeum figur woskowych, stanęłyśmy ochoczo w kolejce i tak oto spędziłyśmy godzinę naszego życia wśród tłumu turystów. Dlatego też przestrzegam wszystkich, którzy mają zamiar wybrać się do Amsterdamu: kupujcie bilety wcześniej przez Internet! Zaoszczędzi Wam to czasu, a czasami i pieniędzy!
Rowery...

Kanały...

Rowery i kanały!

sobota, 16 maja 2015

Śniadaniowo

Śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu całego dnia. Powtarzam to sobie codziennie niczym mantrę. W ciągu tygodnia roboczego jem śniadanie typowo francuskie - słynny pain au chocolat (chyba nigdy mi się nie znudzi) i do tego kawa (proper English coffee, ale to historia na inny wpis). Kiedy są weekendy i inne dni świąteczne i pain au chocolat nie gości na naszym stole, idę na łatwiznę i robię sobie szybkie śniadanie typu: jogurt + pokrojony banan + muesli. 

Nie mam pojęcia, co mnie podkusiło dzisiejszego ranka, żeby z tej łatwizny zrezygnować na rzecz innej, ale niewypróbowanej. Tak oto umamiłam sobie placuszki tudzież naleśniki bananowe reklamowane na różnych blogach fitness. Wydaje mi się, że zobacyłam przepis gdzieś na fejsie, a że wydał mi się banalnie prosty, zakodowałam go sobie w mojej łepetynie. Niestety, niewystarczająco dobrze go zapamiętałam. Serio, nawet teraz nie jestem sobie w stanie przypomnieć jakie były proporcje w tym przepisie. Pamiętam tylko, że jedynymi składnikami były jajka i banany. Nie wiem, czy tak było w przepisie, ale wzięłam jedno jajko i zmieszałam z dwoma rozgniecionymi bananami. Na patelni nie wyglądało to zbyt ładnie. Okazało się, że ciasto za nic nie chce dać się przekręcić, bo chyba jest za rzadkie. Dodałam trochę mąki, wymieszałam i dalej to samo. Dlatego też wrzuciłam wszystko na patelnię i w ten oto sposób powstało moje śniadanie: jajecznica bananowa. Nie wygladała zbyt apetycznie, ale dodałam trochę dżemu tuskawkowego na wierzch, żeby chociaż trochę ten wygląd zniwelować. Mimo takiego wygladu, to 'coś' okazało się zjadliwe. 

W każdym bądź razie, nigdy więcej eksperymentów w kuchni, przynajmniej nie wtedy kiedy nie pamiętam przepisu!

czwartek, 2 kwietnia 2015

6 miesięcy minęło...

W marcu stuknęło mi pół roku odkąd mieszkam w Luksemburgu jako au pair. Czas na małe podsumowanie, wszystko wrzucam do jednego worka, dzielę się spostrzeżeniami ogólnie na temat bycia au pair, podróżowania, różnic kulturowych itp...

Podsumowanie 6 miesięcy aupairowania:

  • Dzieci potrafią być nieskończenie denerwujące przez cały dzień, tylko po to, żeby wieczorem powiedzieć ci, jak bardzo cię kochają.
  • Zajmowanie się trójką dzieci poniżej 6 roku życia w tym samym czasie jest wręcz niewykonalne. Istny młyn. Jedno chce napić się mleka albo wody, drugie woła cię żeby mu pomóc w wyklejaniu/malowaniu/rysowaniu (niepotrzebne skreślić), a trzecie - najmłodsze - płacze, domagając się uwagi. Nie jesteś w stanie usłyszeć własnych myśli. Mamo, jak to zrobiłaś? Szacunek dla Ciebie!
  • Dzieci pytają mnie, dlaczego jestem taką świetną au pair. A ja na to: To Ty mi powiedz czemu. Jeszcze nie znalazły odpowiedzi na to jakże nurtujące pytanie.
  • Mówili mi; Luksemburg jest nudny, nie jedź tam! I po pół roku mogę stwierdzić, że trochę w tym prawdy jest. Większość rzeczy, które można zobaczyć w stolicy, zaobaczyłam w ciągu pierwszego miesiąca pobytu. Samo państwo jest na tyle małe, że do najdalszego zakątka można dostać się w czasie poniżej dwóch godzin. Natomiast położenie Luksemburga nie jest nudne, pozwala na wygodne podróżowanie do sąsiednich państw: Francji, Belgii i Niemiec.
  • Do tej pory zwiedziłam: Paryż 2x, Brukselę, Brugię, Saarbrucken, Clervaux, Schengen.
  • W planach: Amsterdam, Londyn, Colmar, Strasbourg, Bernkastel, oraz jednodniowe wypady na szlaki piesze w Luksemburgu.
  • Wygląda na to, że nie ma jednego sposobu na obieranie banana. To, co uważałam za oczywistą oczywistość w Polsce, czyli odcięcie czubka a potem obieranie, nie wchodzi tutaj w grę. Anglicy i pewnie reszta świata robi to inaczej, zaczynając od końca z ogonkiem. W ten oto sposób, kiedy dziecko prosi mnie o banana zazwyczaj mówi, że chciałoby żeby był obrany na 'Polish way' :D Dla nich to coś nowego!

niedziela, 8 marca 2015

Wiosna, ach to ty!



Parę  zdjęć z dzisiejszego spaceru. Pogoda była świetna, świeciło słońce i było prawie 15 stopni na plusie. Wybrałam się do doliny Petrusse, a ze sobą wzięłam Sherlocka, którego ostatnio namiętnie czytam. Nie spodziewałam się, że znajdę tak dużo wiosennych oznak, a jednak są! Oto dowody:





piątek, 6 marca 2015

Nauka francuskiego - ale o co chodzi?

Tak jak obiecałam w poprzednim poście, tę notkę mam zamiar poświęcić w całości nauce języka francuskiego. Oczywiście nie powiem Wam, jak najlepiej uczyć się francuskiego, ponieważ każdy z nas przyswaja wiedzę w inny  sposób. Opiszę tutaj sposób, w jaki uczę się ja, i który dla mnie przynosi pożądane efekty.

Kurs językowy
Jak zapewne wiecie, mieszkam w Luksemburgu - w kraju w którym jednym z języków oficjalnych jest właśnie francuski (pozostałe to niemiecki i luksemburski). Od początku mojego pobytu tutaj uczęszczam na kurs francuskiego organizowany  przez Insitut National des Langues, czyli już jakieś 5 miesięcy. Obecnie w szkole mamy semestr letni, i oczywiście nowy kurs. W semestrze zimowym zostałam zakwalifikowana na ogólny kurs francuskiego na poziomie B1.2. W porównaniu z Polską, nowością dla mnie było to, że zajęcia odbywały się w całości w języku docelowym z francuską nauczycielką. W Polsce podczas mojej przygody z francuskim, zajęcia odbywały się w połowie po polsku, w połowie po francusku. Tutaj na szczęście wszystko jest po francusku, więc uważam to za ogromny plus. Po prostu nie ma wyjścia, chcesz z kimś się porozumieć na zajęciach, używaj francuskiego, Nie bój się mówić, nawet jeśli sklecisz jakiegoś potworka językowego, to nauczyciel jest od tego, żeby cię poprawił. Jednocześnie słuchasz innych ludzi w klasie i osłuchujesz się z językiem. Obecnie jestem na innym kursie, już nie takim ogólnym, ale skupiającym się na doskonaleniu mówienia i rozumienia ze słuchu.

Książki
Muszę się w tym miejscu do czegoś przyznać. Nałogowo kupuję książki. Ostatnio są to książki do nauki francuskiego. Lubię zaglądać po zajęciach do księgarni francuskiej w centrum miasta, mają tam dużo książek do nauki różnych języków. Czasami zdarza się, że jakaś pozycja mnie zainteresuje i tak łatwo już jej z rąk nie wypuszczam. Wracając do tematu książek tudzież podręczników, przedstawię tutaj te, z których obecnie korzystam:




 1. Nouveau Rond-Point 2 - jest to podręcznik do nauki francuskiego na poziomie B1. Jest to jeszcze pozostałość z kursu, który odbywał się w semestrze zimowym, czasami z niego korzystam. Na obecnym kursie nie mamy żadnych podręczników, ale nauczycielka przygotowuje nam niektóre materiały właśnie z tego podręcznika i ćwiczeń z tej samej serii. Tak ogólnie to myślę zacząć uzupełniać ćwiczenia od początku, ale najpierw muszę zapisać sobie dobry plan nauki i wyrobić sobie systematyczność a także pobudzić moją uśpioną motywację.



 2. Grammaire Progressive du Francais - bardzo lubię tę książkę! Poziom tej książki rozciąga się pomiędzy A2 a B1. Jest przejrzysta, tzn. kiedy się ją otworzy, na lewej stronie wytłumaczone są zagadnienia gramatyczne z przykładami (wszystko po francusku!), a po prawej stronie są ćwiczenia. Bardzo odpowiada mi taki układ. W książce znajduje się bardzo dużo ćwiczeń - 680. Dzięki niej mogłam usystematyzować swoją wiedzę dotyczącą gramatyki francuskiej. Zazwyczaj było tak, że gdy pojawiało się jakieś zagadnienie, które miałam dawno temu na kursie w Polsce, 'biły dzwony, ale nie wiedziałam w którym kościele', a teraz wszystko jest już jasne. Minusem jest to, że nie ma w niej klucza odpowiedzi, trzeba dokupić sobie osobną książeczkę z odpowiedziami. I jest tak z wszystkimi książkami z tej serii.





3. Bescherelle POCHE - Conjugaison - to jest moje dzisiejsze superodkrycie! Książka formatu kieszonkowego, zawierająca odmianę praktycznie wszystkich najczęściej używanych czasowników w języku francuskim. O ile w domu mogę korzystać z Internetu w poszukiwaniu odpowiedniej formy czasownika, to na zajęciach takiej możliwości już nie mam. I tu z pomocą przychodzi to maleństwo!



4. Vocabulaire Progressif du Francais - mój dzisiejszy nowy nabytek. Książka z tej samej serii jak ta z punktu nr 2, lecz ta zawiera ćwiczenia związene z rozwijaniem słownictwa. Ćwiczenia są na poziomie zaawansowanym, czyli B2 do C1, ale w zupełności mi to nie przeszkadza, ponieważ kiedy  przeglądałam inne poziomy w księgarni, poziom niższy wydawał mi się być za łatwy. Większość z wyrażeń które były zawarte na poziomie A2-B1 już pozałam i nie było sensu ich powtarzać. Akurat ten poziom zaawansowany wydaje mi się bardziej wymagający, jeszcze będę miała okazje sprawdzić jak mi się pracuje ze słownictwem  z tej serii, bo jak już pisałam wcześniej z gramatyki jestem zadowolona.









5. Assimil - Język francuski łatwo i przyjemnie - chyba już każdy słyszał o tej legendarnej serii. Wydawnictwo Assimil ma wiele książek do nauki języków obcych. Miałam szczęście, że udało mi się upolować we francuskiej księgarni polską wersję językową. Książka podzielona jest na dwie połowy tzw. fazy. Pierwsza faza, czyli jakieś 50 lekcji, jest to faza pasywna. Polega ona głównie na czytaniu lekcji po francusku, a potem po polsku. Wszystko jest ładnie i przejrzyście wytłumaczone.  Faza aktywna zakłada już że z naszej strony będzie jakieś większe zaangażowanie i tutaj trzeba robić więcej od siebie: tłumaczyć wyrażenia itp. Książka zakłada naukę od poziomu początkującego i obiecuje osiągnięcie poziomu B2.





Ciekawe strony internetowe
Podczas tego całego procesu, jakim jest nauka francuskiego, natknęłam się na różne ciekawe strony internetowe, którymi teraz chciałabym się z Wami podzielić. Niektóre z nich oczywiście, zostały zaproponowane przez nauczycieli francuskiego, także myślę, że mogą się komuś przydać.







środa, 4 marca 2015

Paryż, podejście numer dwa!

Nie wiem, co takiego ma w sobie Paryż, jednak z okazji wizyty mojej siostry w Luksemburgu, postanowiłyśmy wybrać się tam po raz kolejny (dla mnie drugi, a dla siostry pierwszy). Jako środek transportu wybrałam szybki TGV, znowu. Podróż była szybka i komfortowa, ponieważ druga klasa w polskich pociągach nie umywa się do drugiej klasy we francuskich. Cała trasa zajęła nam dwie godziny, także nie było tak źle. W Paryżu spędziłyśmy niecałe dwa dni, bo akurat tyle wolnego dostałam na czas wizyty mojej siostrzyczki. Udało mi się odwiedzić miejsca, które widziałam poprzednim razem w listopadzie, ale także zobaczyłam parę nowych. W końcu weszłam na Łuk Triumfalny, i to wieczorem! Z racji tego, że obydwie jesteśmy poniżej 25 roku życia, większość atrakcji zwiedziłyśmy za darmo, czyli Luwr, Muzeum Orsay, Łuk Triumfalny. Odwiedziłysmy także wzgórze Montmartre i znajdującą się na nim Bazylikę Sacre-Coeur. Jadyśmy przepyszny francuski deser, na który muszę znaleźć przepis i zrobić samej w domu. A propo gotowania, marzą mi się okropnie pierogi ruskie! Nie chce mi czasem ktoś przysłać trochę? W ostateczności już mogę zrobić je sama, ale zawsze warto spróbować innych opcji. 

Diabelski młyn
Widok z Łuku Triumfalnego
Kłódki!
Moulin Rouge

Sekwana i łodzie, łodzie i Sekwana!
 Zaczęłam kurs francuskiego od nowa, tzn. zaczął się już nowy semestr, który potrwa do lipca i mam szczerą nadzieję, że do tego czasu będę w stanie porozumiewać się po francusku. Jestem świadoma tego, że sam kurs nie wystarczy, i że muszę włożyć coś od siebie. Dlatego też jakiś czas temu zakupiłam parę książek do nauki francuskiego (przedstawię je w kolejnym poście). Obecny kurs francuskiego skupia się wyłącznie na rozwijaniu mówienia i słuchania po francusku, czyli na dwóch rzeczach, na których zależy mi najbardziej. Rozpiszę się bardziej na temat mojej nauki francuskiego w następnym poście, a tymczasem, do zobaczenia!